Żywot św. Benedykta

św. Grzegorz Wielki – Dialogi. Księga druga

Spis treściPrologRozdział 1Rozdział 2Rozdział 3Rozdział 4Rozdział 5Rozdział 6Rozdział 7Rozdział 8Rozdziały 9-10Rozdział 11Rozdziały 12-13Rozdziały 14-15Rozdział 16Rozdziały 17-18Rozdziały 19-20Rozdział 21Rozdział 22Rozdział 23Rozdziały 24-27Rozdziały 28-29Rozdział 30Rozdział 31Rozdział 32Rozdziały 33-34Rozdział 35Rozdziały 36-38
Spis rozdziałów

Prolog
1. O cudownej naprawie stłuczonego przetaka
2. Jak Benedykt pokonał cielesną pokusę
3. Jak pękła szklana czara naznaczona znakiem krzyża świętego
4. O niespokojnym mnichu
5. Jak woda wytrysnęła ze skały dzięki modlitwie Benedykta
6. O żelaznym ostrzu, które powróciło do swojej rękojeści
7. Jak Maur chodził po wodzie
8. O kruku i zatrutym chlebie
9. O głazie ogromnym podniesionym siłą modlitwy Benedykta
10. O rzekomym pożarze w kuchni
11. Jak Benedykt uzdrowił chłopca przygniecionego walącym się murem
12. O mnichach, którzy jadali poza klasztorem
13. Jak Benedykt poznał, że brat mnicha Walentyniana nie zachował postu
14. Jak został wykryty podstęp króla Totili
15. O przepowiedni udzielonej królowi Totili i tej, jaką otrzymał biskup Kanuzjum
16. Jak pewien duchowny został uwolniony od szatana
17. Jak mąż Boży przepowiedział zburzenie swego klasztoru
18. O schowanej beczce wina
19. O podarowanych chusteczkach
20. Jak Benedykt poznał pyszne myśli mnicha
21. O dwustu korcach mąki znalezionych w czasie głodu
22. Jak budowano klasztor w Terracina
23. O wyklętych mniszkach
24. O młodym mnichu, którego ziemia wyrzuciła z grobu
25. Jak pewien mnich, odchodząc z klasztoru spotkał po drodze smoka
26. O cudownym uleczeniu sługi
27.  O cudownym spłaceniu długu
28. O flaszce szklanej, która nie rozbiła się na skałach
29. Jak pusta beczka napełniła się oliwą
30. Jak Benedykt spotkał szatana w postaci weterynarza
31. Jak mąż Boży swoim spojrzeniem uwolnił z więzów wieśniaka
32. O wskrzeszeniu zmarłego dziecka
33. O cudzie Scholastyki, siostry Benedykta
34.  Jak Benedykt ujrzał duszę swojej siostry opuszczającą ciało
35.  Jak Benedykt zobaczył cały świat w jednym promieniu światła
36. Jak Benedykt napisał regułę dla mnichów
37.  Jak Benedykt zapowiedział swoją śmierć braciom
38.  O świętej grocie

Prolog

Był mąż, z łaski Bożej i z imienia „Bło­go­­sławio­ny” (Benedictus), którego życie prze­peł­nia­ła świę­tość. Od dzieciństwa miał  serce doj­rza­łe i wy­ra­sta­jąc da­leko ponad swój wiek cno­tami nie zaprzedał swo­jej duszy żadnej roz­ko­szy. A choć ży­jąc jeszcze na ziemi mógł przez czas pewien swobodnie ko­rzy­s­tać ze świa­ta, wzgardził nim i jego kwiatami, jakby już wszystkie uwiędły.

Pochodził ze szlachetnego rodu, z prowincji Nur­sji. Stąd został posłany do Rzymu, gdzie stu­dio­wać miał sztuki wyzwolone. Kiedy jed­nak spostrzegł, jak wie­lu spośród jego towa­rzy­szy studiów wpada w prze­paść występków, cof­nął nogę, którą już nie­ja­ko postawił na pro­gu świata. Obawiał się bowiem, że gdy­by za­kosz­tował coś niecoś z jego nauk, mógłby łat­wo stoczyć się cały w otchłań bezdenną. Po­rzu­cił za­tem studia, zostawił dom i majątek oj­cowski, a prag­nąc tylko Bogu się podo­bać, wy­ruszył na po­szu­kiwanie habitu, który by sam wskazywał na świę­ty sposób życia. Od­szedł zatem pełen wiedzy, choć bez wy­kształ­ce­nia, nieuczony, lecz wiedziony przez mą­d­rość.

Nie znam całej jego historii, a tę skrom­ną cześć, którą z niej opowiadam, zawdzię­czam czterem spo­śród je­go uczniów. Są to: Kon­stantyn, mąż wiel­ce czci­god­ny, po nim kie­ru­jący klasztorem, Walen­ty­nian, sto­ją­cy przez wie­le lat na czele kla­szto­ru na La­tera­nie, Sym­plicjusz, trzeci z kolei opat jego wspól­no­ty, wresz­cie Honorat, który dzisiaj jeszcze rzą­dzi tym do­mem, w jakim Benedykt zaczął swe ży­­cie za­kon­ne.

1. O cudownej naprawie stłuczonego przetaka

1. Kiedy zatem Benedykt porzuciwszy już stu­dia pos­tanowił udać się na pustkowie, to­wa­rzyszyła mu tyl­ko jego piastunka, która go naj­tkliwiej kochała. Przy­byli do miejsco­wości zwa­nej Effide, a skoro wie­lu czcigodnych mę­żów namawiało ich tam przy­jaź­nie do po­zos­ta­nia, zatrzymali się przy kościele św. Piot­ra. Pias­tunka Benedykta pożyczyła wówczas  od są­siadek przetak do przesiewania pszenicy i nie­os­troż­nie zostawiła go na stole. Nieszczę­śli­wy przy­pa­dek sprawił, że stłukł się on i roz­bił na dwa kawałki. Wkrót­ce wróciła piastun­ka, a zobaczywszy co się sta­ło, zaczęła płakać peł­na rozpaczy, że oto stłukło się na­czynie, któ­re jej pożyczono.

2. Benedykt zaś, mło­dy człowiek i pobożny, i do­bry, nie mógł patrzeć spo­kojnie na rozpacz swej pia­stun­ki, tak bardzo jej współ­czuł. Za­brał więc oba ka­wał­ki przetaka i począł mod­lić się usilnie, ze łzami. Kie­dy zaś pows­tał po modlitwie, znalazł obok siebie na­czynie całe, tak że nie sposób było doszukać się na­wet śladu pę­knięcia. Czym prędzej więc pocieszył ser­decznie pias­tunkę oddając jej nienaruszony prze­tak, który po­przed­nio zabrał rozbity. W okolicy hi­sto­ria ta roz­e­szła się szeroko i wzbu­dziła tak wielki po­dziw, że miesz­kańcy wsi zawiesili ów przetak przy wej­ściu do koś­cio­ła, aby wszyscy wówczas, a także i w przy­sz­łych pokoleniach wiedzieli, jak wielką do­sko­na­łość osią­gnął młody Benedykt już na samym pro­gu życia mo­nastycznego. I przez wiele lat moż­na by­ło oglądać ten przetak, który wisiał nad drzwiami ko­ścioła aż do na­jazdu Lon­go­bar­dów.

3. Benedykt pragnął jednak zakosztować ra­czej cier­pień tego świata niż jego pochwał, wo­lał trudzić się pra­cując dla Boga niż korzys­tać z przychylności lo­su. Uciekł więc potajem­nie pozostawiając swoją pias­tun­kę i znalazł so­bie na pustkowiu miejscowość us­tron­ną, któ­rą nazywano Sublacus (Subiaco), mniej wię­cej czter­dzieści mil odległą od Rzymu, bogatą w wo­dy zim­ne i bardzo czyste. Wód jest tych ta­ka ob­fitość, że gromadzą się naj­pierw w wielkim je­zio­rze, z którego wypływają na­stęp­nie jako rze­ka.

4. Kiedy Benedykt tam właśnie w ucieczce po­dą­żał, spotkał go po drodze pewien mnich imie­niem Ro­manus i zapytał, dokąd idzie. A poz­nawszy jego pra­gnienie, nie tylko do­cho­wał tajemnicy, lecz uży­czył także pomocy. On to dał Benedyktowi habit bę­dą­cy symbolem ży­cia świętego, jak również, na ile mógł, służył mu zawsze. Mąż zaś Boży, skoro przy­był już do wybranego miej­sca, znalazł tam sobie bar­dzo ciasną pieczarę, gdzie mieszkał przez trzy la­ta, a oprócz mnicha Ro­ma­nusa nikt o nim nie wiedział.

5. Romanus ten żył w niez­byt odległym kla­szto­rze pod władzą opata Adeo­data. Bez wie­dzy swego opa­ta, kierowany mi­łoś­cią, wy­my­kał się w pewnych dniach na godziny, by za­nieść Benedyktowi chleb, któ­ry zdołał za­osz­czę­dzić z własnego pożywienia. Z kla­sztoru nie było żad­nej drogi do pieczary Be­ne­dy­kta, po­nie­waż wzno­si­ła się nad nią bardzo wysoka ska­ła. Romanus zwykł zatem przywiązywać chleb do dłu­giego sznura przy­mocowanego na szczy­cie owej ska­ły. Do tegoż sznu­ra przycze­pił także mały dzwo­ne­czek, by słysząc je­go dźwięk mąż Boży wiedział, kie­dy mu Romanus chleb przynosi, i wyszedł go za­brać. Wszelako od­wiecz­ny wróg pozazdrościł je­dne­mu miłości, dru­gie­mu zaś pokrzepienia i kiedy pe­wne­go dnia spostrzegł chleb spuszczony z góry, rzu­cił kamień i rozbił dzwo­neczek, lecz Romanus wów­czas również nie przes­tał służyć Benedyk­towi w taki spo­sób, jaki był mu dostępny.

6. Bóg wszechmocny zechciał jednak dać w koń­cu Ro­manusowi odpoczynek po jego tru­dzie i za­ra­zem uka­zać życie Benedykta lu­dziom jako przykład do na­śladowania, aby świat­ło rozbłysło na świe­czni­ku i oświe­ciło wszyst­kich przebywających w domu Bo­żym. Pe­wien kapłan, który mieszkał nawet dość da­le­ko, przygotowywał właśnie sobie posiłek na świę­to Pas­chy, kiedy Pan raczył mu się obja­wić i rzekł do nie­go: „Ty dla siebie szykujesz ucztę, a tam oto mój słu­ga głód cierpi”. Kap­łan ów na­tych­miast się zerwał i w sam dzień święta Paschy wy­ru­szył we wska­za­nym kie­runku zabierając jedzenie, któ­re dla siebie przy­gotował. Szukał męża Bożego wspi­nając się po ska­łach, schodząc w doliny, za­pu­sz­cza­jąc się w roz­pad­liny ziemi, aż znalazł go wresz­cie, ukrytego w pie­czarze.

7. Pomodlili się razem, po czym usiedli bło­go­sła­wiąc Pana wszechmogącego. A po krze­pią­cej roz­mo­wie o życiu duchowym ów kapłan, który przy­szedł odwiedzić Benedykta, powie­dział: „Wstań, po­sil­my się, bo dzisiaj jest Pas­cha!” a mąż Boży na to: „Is­totnie, jest to Pas­cha, skoro dane mi było cię zo­ba­czyć”. Żył bowiem na tak całkowitym odludziu, iż nie wiedział nawet, że dzień ten był świętem Paschy. A czci­godny przybysz potwierdził raz jeszcze: „Na­pra­wdę dzisiaj jest dzień Paschy, uroczystość  Zmar­twych­wstania Pańskiego. Zgoła nie przystoi ci dzi­siaj po­ścić, gdyż i ja po to właśnie zostałem przy­sła­ny, byś­my razem mogli posilić się darami Boga wszech­mo­gące­go”. Błogosławiąc zatem Pana spożyli przy­nie­sione jedzenie. A gdy ukończyli i posiłek i roz­mo­wę, kapłan powrócił do swojego kościoła.

8. W tym samym czasie również pasterze spot­kali ukry­wającego się w pieczarze Bene­dyk­ta. A uj­rzaw­szy go w zaroślach, odzianego w skó­ry, myśleli po­cząt­kowo, że widzą jakie­goś zwierza. Ale gdy poz­na­li sługę Bożego, wie­lu z nich zmieniło swój zwie­rzę­cy sposób ży­cia na życie w łasce pobożności. Za­czę­to o nim mó­wić w całej okolicy i tak się stało, że od te­go czasu od­wiedzali go ciągle liczni lu­dzie, którzy do­starczali mu pożywienia dla cia­ła, sami zaś z ust je­go otrzy­my­wali i w ser­cach swoich unosili pokarm duchowy.

2. Jak Benedykt pokonał cielesną pokusę

1. Pewnego jednak dnia, kiedy Benedykt był sam, przy­szedł kusiciel. Mały czarny pta­szek, zwany pow­szech­nie kosem, zaczął mu latać koło głowy tak na­tręt­nie czepiając się twarzy, że święty mąż mógłby go łatwo złapać ręką, gdyby tylko zechciał ją wy­ciąg­nąć. Skoro zaś zrobił znak krzyża, ptaszek od­le­ciał. Zaraz po jego zniknięciu doznał Benedykt tak sil­nej pokusy cielesnej, jakiej poprzednio nigdy nie doś­wiadczył. Ongiś widział pewną kobietę, któ­rą zły duch postawił mu teraz przed ocza­mi duszy, a pos­łu­żyw­szy się jej pięknością rozpalił taki ogień w sercu słu­gi Bożego, że nie mogąc zdusić owego płomienia mi­łości w swo­jej piersi, już zaczął rozważać, czyby na­mię­tności nie ulec i nie porzucić pustkowia.

2. Nagle jed­nak spłynęła nań łaska Boża: Oprzy­to­mniał, a wi­dząc gęsto rosnące tuż obok krzaki cier­nio­we i pokrzywy, zdarł z sie­bie ubranie i nagi rzucił się w ogień po­krzyw i na kolce cierni. Długo się w nich tarzał, a gdy wstał, całe jego ciało było po­ka­le­czone. Przez ra­ny zadane ciału usunął jednak cho­ro­bę, zagrażającą du­szy. Namiętność przemienił w ból, a przyjmując słusz­nie karę ognia ze­wnę­trzne­go zagasił ów zaka­za­ny ogień, który płonął w jego pier­si. Zwyciężył grzech, gdyż wybrał mniej groźny po­żar.

3. Od tej chwi­li, jak później sam mówił swo­im uczniom, po­ku­sa cielesna została w nim tak całkowicie pos­kro­mio­na, że nigdy już więcej nic podobnego nie odczuwał. Od­tąd wie­lu zaczęło już świat porzucać, by po­wie­rzyć się jego kierownictwu. Sam wolny od pokus, słusz­nie mógł innych uczyć cnoty. Podobnie i Moj­żesz postanowił, że lewici w wieku dwu­dziestu pię­ciu lat i starsi powinni tylko służyć, a dopiero od lat pięć­dziesięciu stają się straż­nikami świętych naczyń.

4. Piotr: Pojmuję coś niecoś ze znaczenia przy­to­czo­­ne­go tekstu Pisma Świętego, lecz, proszę, wy­ja­śnij mi to dokładnie.

Grzegorz: Wiadomo, Piotrze, że w młodości po­ku­sy cielesne są bardzo żywe, a po pięćdzie­siątce cia­ło chłodnie. Naczyniami świętymi są dusze wier­nych. Tak więc wybrani, dopóki doznają jeszcze po­kus, muszą podlegać władzy i służyć, muszą ponosić wie­le trudów i ciężko pracować. Kiedy zaś dojdą do wie­ku, który przynosi spokój duszy, bo ogień pokusy już wygasa, wówczas dopiero stają się strażnika­mi na­czyń świętych, gdyż mogą uczyć dusze.

5. Piotr: Przyznaję, że mnie przekonuje to, co mó­wisz. A skoro już dałeś mi klucz do zro­zumienia przy­toczonego tekstu, proszę, opo­wiadaj dalej życie owe­go świętego męża.

3. Jak pękła szklana czara naznaczona znakiem krzyża świętego

1. Grzegorz: Kiedy znikła pokusa, serce mę­ża Bo­że­go, niby ziemia oczyszczona z cierni a nas­tępnie dob­rze uprawiona, przynosiło co­raz bogatsze plony cnót. Opowiadano szero­ko o świętym życiu Be­ne­dyk­ta i w ten sposób imię jego stawało się sławne.

2. Niedaleko zaś znajdował się klasztor, któ­rego opat właśnie umarł. Wszyscy mnisi przy­szli teraz do czci­godnego Benedykta pro­sząc go usilnie, by zech­ciał zostać ich przełożo­nym. Długo odmawiał i de­cyz­ję odkładał, z gó­ry przewidując, że ich sposób ży­cia z jego wła­snym nie może się zgodzić, lecz wresz­cie ustą­pił, pokonany wytrwałym naleganiem.

3. Sta­nąw­szy na czele klasztoru przestrze­gał su­ro­wo, by wszys­cy żyli według Reguły, i nikt już nie mógł tak, jak to działo się przed­tem, schodzić z dro­gi zakonnego postępowania na prawo czy na lewo, po­peł­nia­jąc jakieś czyny zakazane. Przyjęci przez nie­go bracia stra­cili głowę. Najpierw zaczęli sami sie­bie na­wza­jem oskarżać, że takiego człowieka chcie­li uczynić prze­łożonym. Ich własnej bo­wiem prze­wrotności przeszkadzała niez­łomna prawość Be­ne­dykta. Pojęli, że nigdy nie po­zwoli im na to, co nie­dozwolone. Cierpieli, że ma­ją porzucić do­tych­cza­so­we zwyczaje, a wy­cho­wa­nym w starym duchu cię­żko było przyj­mować nowy spo­sób myślenia. Po­nie­waż zaś ludzi złych zaw­sze razi życie szlachetne, za­czę­li zastanawiać się, jakby go zgładzić.

4. Po na­ra­dzie domieszali trucizny do wina. Szkla­ną czarę z owym zabójczym napojem przy­nie­sio­no Ojcu, gdy za­siadł do stołu, aby ją po­bło­go­sła­wił stosownie do klasz­tornego zwy­czaju. Benedykt wy­ciągnął rękę i uczy­nił znak krzyża, a czara, choć znaj­dowała się dość daleko, rozprysła się od tego zna­ku zupełnie tak, jakby nie krzyż, lecz kamień spadł na to na­czy­nie śmierci. Mąż Boży poznał od ra­zu, że zawierało ono napój śmiertelny, skoro nie mo­gło znieść znaku ży­cia. Natychmiast wstał i z po­go­dną twarzą, z zu­peł­nym spokojem ducha, zwo­ław­szy braci tak do nich przemó­wił: „Niech się zmiłuje nad wami, bra­cia, Bóg wszechmogący. Dlaczego chcie­liście mi to uczy­nić? Czyż nie uprzedzałem was od począt­ku, że wasz i mój sposób postępowania na­zbyt się różnią? Idź­cie i poszukajcie sobie podobne­go do was ojca, gdyż mnie już po tym, co się stało, na pew­no nie zatrzymacie”.

5. Wów­czas powrócił do swojej ukochanej sa­mo­tni i sam pod okiem najwyższego Świad­ka mieszkał ze sobą.

Piotr: Nie bardzo mogę zrozumieć, co to znaczy: „miesz­kał ze sobą”.

Grzegorz: Gdyby święty mąż przez czas dłuższy sta­rał się utrzymać siłą pod swą wła­dzą tych mni­chów, którzy nie tylko żyli cał­kiem odmiennie od nie­go, lecz jeszcze przeciw niemu wszyscy spis­ko­wa­li, przekroczyłby może granicę własnej wy­trzy­ma­łoś­ci i miarę ko­nieczną dla zachowania pokoju, a oko je­go ducha odwróciłoby się wtedy od światła kon­tem­placji. Dręczony codziennie ich brakiem dążenia do poprawy, mniej sam by do niej dążył, a tak mógł­by łatwo i sie­bie zgubić i tamtych nie pozyskać. Ile­kroć bowiem wy­ciągają nas z nas samych nazbyt po­chła­niają­ce spra­wy zewnętrzne, zawsze wówczas choć jesteśmy na­dal sobą, nie jesteśmy jednak ze so­bą, bo tracąc sa­mych siebie z oczu błąkamy się po zie­mi cudzej.

6. Czyż powiemy, że był ze sobą ów syn mar­no­tra­wny, któ­ry udał się w daleką krainę, roztrwonił tam część ma­jątku, jaką otrzymał, a związawszy się z je­dnym z tam­tejszych miesz­kańców pasał u niego świ­nie? Wi­dząc, jak na­jadają się strąkami, podczas gdy on był gło­dny, zaczął rozpamiętywać utracone do­bra i jak mówi Pismo Święte, przyszedł do siebie i po­wie­dział: «Iluż to najemników w domu Ojca me­go ma pod dostatkiem chleba?». Jeśli­­by był ze so­bą, to skąd by do siebie przyszedł?

7. Powiedziałem za­tem, że ów czcigodny mąż mie­szkał ze sobą, gdyż zaw­sze stał na straży wła­sne­go serca, zawsze świa­domy, że jest przed obliczem Stwór­cy, zawsze pilnie ba­dał swoje postępowanie i nie pozwalał oku swego du­cha błądzić na zewnątrz.

8. Piotr: Cóż więc znaczy to, co jest napisa­ne o Apos­tole Piotrze, gdy go Anioł wyprowa­dził z wię­zie­nia? Kiedy Piotr przyszedł do siebie, powiedział: «Te­raz wiem na pewno, że Pan posłał swego anioła i wyr­wał mnie z ręki Heroda i z tego wszystkiego, cze­go oczekiwali Żydzi».

9. Grzegorz: Dwa są sposoby, Piotrze, w ja­kie mo­że­my być wyrwani z samych siebie: albo błąd strą­ca nas poniżej naszego własnego poziomu, albo po­nad nas samych wynosi nas łaska kontemplacji. Ten za­tem, kto pasał świnie, spadł poniżej samego sie­bie, bo duch jego był zabłąkany i nieczysty. Apos­toł na­to­miast, uwolniony przez anioła, który porwał je­go du­cha w ekstazę, znalazł się wprawdzie na ze­w­nątrz sie­bie, ale ponad sobą samym. Tak więc jeden jak i dru­gi powrócił do siebie, tamten, gdy po­rzu­ciw­szy popełniane sam odnalazł się w swoim ser­cu, ten zaś, gdy zszedł ze szczytów kontemplacji do zwy­kłe­go sposobu rozumowania, jaki był mu właściwy i przed­tem. W owej samotni przeto czcigodny Be­ne­dykt mieszkał ze sobą na tyle tylko, na ile nie po­zwa­lał swoim myślom przekraczać wyznaczonych im gra­nic, ilekroć bowiem og­nisty powiew kon­tem­pla­cji uno­sił go ku niebu, pozostawiał niewątpliwie sie­bie sa­mego daleko w do­le pod sobą samym.

10. Piotr: Jasne jest to, co mówisz, lecz, pro­szę, od­powiedz jeszcze, czy powinien był opuścić braci, za których już raz przyjął odpo­wiedzialność?

Grzegorz: Według mnie, Piotrze, należy ze spo­ko­jem znosić współżycie z ludźmi złymi tam, gdzie nie brak również i dobrych, którym godzi się pomóc. Jeś­li jednak nie ma żadnej nadziei na owoce przy­no­szo­ne przez pracę z dobrymi, nie zawsze warto prze­zwy­ciężać trudności, jakich źli przysparzają, zwłasz­cza gdy nie trzeba daleko szukać, by znaleźć oka­zję po­żyteczniejszej pracy dla Boga. W jakimże celu miał­by mąż święty pozostać w owym klasz­torze? Że­by strzec tych, którzy, jak to dobrze widział, jed­no­myśl­nie występowali przeciw niemu?

11. Często tak właś­nie czynią święci (i prze­mil­czać tego nie na­leży): gdy uważają, że ich praca nie przy­nosi owocu, uda­ją się gdzie in­dziej, gdzie ob­fi­tszych owoców się spo­dzie­­wa­ją. Wielki Apostoł Pa­weł chce odejść, a być z Chry­stusem, żyć dla niego to Chrys­tus, a um­rzeć – to zysk, nie tylko sam dla sie­bie pragnie zma­gań męczeństwa, lecz także in­nych do nich za­chę­ca. A przecież to on właś­nie, gdy go ści­gali w Da­maszku, wybrał pota­jem­ną uciecz­kę przez mur, w ko­szu spuszczo­nym na sznu­rze. Czyż po­wiemy, że Pa­weł lę­kał się śmierci, skoro sam oświad­cza, że prag­nie jej dla mi­łości Chrystusa? Nie, lecz widząc, że w Da­maszku czekałby go wielki trud, ma­ło przy­no­szący owocu, wolał zachować życie, by gdzie in­dziej pracować, bardziej owocnie. Dziel­ny żoł­nierz Bo­ga nie chciał być więziony w zam­knięciu, wo­lał po­wró­cić na pole walki.

12. Tak więc słuchaj pilnie dalej, a prze­konasz się wkró­tce, że i czcigodny Benedykt opuś­cił tę garstkę ludzi, których niczego nie mógł na­uczyć, po to tylko, aby gdzie indziej przywracać ży­cie wielkim rzeszom umar­łych śmiercią duchową.

Piotr: Za słusznością twoich wyjaśnień prze­ma­wia zarówno zdrowy rozsądek, jak i świa­dectwo Apos­toła. Teraz zaś, proszę, po­wróć­my już do życia te­go świętego Ojca, byś mi wszystko opowiedział po kolei.

13. Grzegorz: Im dłużej przebywał Bene­dykt w swo­jej samotni, tym wspanialej roz­kwitała jego świę­tość w róż­nych cudach i zna­kach. Przyciągała ona wielu, któ­rzy pragnęli z nim razem służyć Bogu wszech­mo­gą­cemu. Zbudował więc tam, z pomocą Pa­na Jezusa Chrys­tusa, dwanaście klasztorów. Na cze­le każdego z nich postawił jednego ojca, ojcom tym zaś przy­dzie­lił po dwunastu mnichów. Przy so­bie natomiast za­trzymał tylko kilku, takich, którym, jak sądził, po­trze­bna była jeszcze jego obecność do osiągnięcia peł­niejszej dojrzałości.

14. W tym też czasie zaczęli go odwiedzać możni chrze­ścijanie z Rzymu. Przywozili mu oni swoich sy­nów, by ich wychował dla Boga wszechmogącego. Wte­dy również Eutycjusz i patrycjusz Tertullus ofia­ro­wali mu swoich dobrze za­powiadających się sy­nów: pierwszy – Maura, drugi zaś Placyda. Z nich dwóch, Maur, już dorastający, dzięki swym dobrym oby­cza­jom został wkrótce pomocnikiem swoje­go Mi­strza, Pla­cyd natomiast był jeszcze małym dzieckiem.

4. O niespokojnym mnichu

1. W jednym z owych klasztorów, jakie Benedykt wo­kół pobudował, był pewien mnich, który nie mógł wy­trwać spokojnie na modlit­wie. Skoro tylko bra­cia po­chylali się pogrąża­jąc w modlitwie, wychodził za­raz na zewnątrz, a myśląc o wszystkim i o niczym zaj­mował się jakimiś sprawami ziemskimi i prze­mi­ja­jącymi.

Jego opat wielokrotnie go upominał, wresz­cie zaś przyprowadził do męża Bożego, który rów­nież zganił ostro jego głupotę. Powróciwszy do swe­go klasztoru mnich ów zaledwie przez dwa dni prze­strze­gał zaleceń Benedykta, lecz już trzeciego po­wró­cił do dawnych przyzwyczajeń i zaczął znowu włó­czyć się w czasie modlitwy.

2. A kiedy ojciec tego klasz­toru, wyznaczo­ny po­prze­dnio przez Benedykta, do­niósł mu o tym, sługa Bo­ży powiedział: «Przyjdę i sam go uleczę».

Przybył zatem mąż Boży do owego klaszto­ru. A gdy w oznaczonej godzinie, po zakończe­niu psal­mo­dii, bracia oddali się modlitwie, ujrzał, jak tego właś­nie mnicha, który nie mógł wytrwać na mod­lit­wie, jakiś czarny człowieczek wyciąga za drzwi, uchwy­ciwszy go za brzeg habitu. Wówczas rzekł ci­cho do Pom­pejana, ojca tegoż klasztoru, i do sługi Bo­żego, Maura: „Czyż nie widzicie, kto to tego mni­cha wyciąga za drzwi?” Oni mu odpowiedzieli: „Nie”. Na to Benedykt: „Módlmy się, abyście i wy zo­baczyli, za kim ten mnich idzie”. Modli­li się przez dwa dni i wówczas mnich Maur zobaczył, Pom­pe­ja­nus zaś, ojciec tegoż klaszto­ru, nic nie mógł ujrzeć.

3. Nas­tępnego więc dnia, po zakończeniu mo­dli­twy, kie­dy mąż Boży wyszedł z orato­rium i znalazł sto­ją­ce­go na zewnątrz mnicha wychłostał go rózgą, aby wy­leczyć z zaślepie­nia serca. Od owego dnia czar­ny czło­wieczek nie mógł już go do niczego na­kło­nić. Mnich pozostawał niewzruszenie pogrążony w mo­dlit­wie. Odwieczny wróg nie próbował już wię­cej wtarg­nąć w jego myśli, zupełnie tak, jakby to on sam dos­tał chłostę.

5. Jak woda wytrysnęła ze skały dzięki modlitwie Benedykta

1. Z owych klasztorów, które Benedykt zbudował w tym miejscu, trzy znajdowały się wysoko na grzbie­cie górskim, tak że braciom było trudno scho­dzić stale po wodę do jeziora, tym bardziej że bie­gną­ca stromo droga przy­prawiała ich o nie­bez­pieczny za­wrót głowy. Wreszcie zebrali się bracia z tych trzech klasz­torów, przyszli do sługi Bożego Be­ne­dy­kta i po­wiedzieli: «Trudno jest nam codziennie scho­dzić po wodę aż do jeziora i dlatego też trzeba prze­nieść nasze klasztory gdzie in­dziej».

2. On zaś od­pra­wił ich dodając otuchy z wielką do­brocią. A tejże sa­mej nocy razem z małym chło­p­czy­kiem, Placydem (o którym wy­żej wspomniałem), wszedł na grzbiet owej góry i dłu­go tam się modlił. Po skończonej modlitwie, by za­znaczyć to miejsce uło­żył w nim trzy kamienie, po czym przez nikogo nie zauważony, powrócił do swe­go klasztoru.

3. Nazajutrz, gdy przyszli znowu do niego w spra­wie wody ci sami bracia, powiedział im: „Idź­cie, poszukajcie skały z trzema ułożonymi na niej ka­mie­niami. Wydrążcie ją nieco, a Bóg wszechmocny, by wam oszczędzić trudnej drogi, może sprawić, iż wo­da wytryśnie nawet na szczy­cie góry”. Poszli i rze­czywiście na skale, o któ­rej mówił Benedykt, zna­leźli już pierwsze krople wil­go­ci. A gdy wy­drą­ży­li w niej otwór, natychmiast na­peł­niła go woda, która wy­trysnęła tak obficie, że i dzi­siaj jesz­cze płynie wart­kim strumieniem spadając ze szczytu aż do pod­nóża góry.

6. O żelaznym ostrzu, które powróciło do swojej rękojeści

1. Innego razu pewien Got, ubogi duchem, prosił o do­puszczenie do życia wspólnego, a mąż Boży, Be­nedykt przyjął go bardzo ser­decznie. Pewnego dnia roz­kazał mu dać narzę­dzie żelazne zwane falcastrum (gdyż jest podobne do sierpa, łac. falx). Miał nim oczyś­cić z krzewów cierniowych miejsce przez­na­czo­ne pod ogród. Miejsce zaś owo leżało tuż nad sa­mym brzegiem jeziora. Kiedy Got zabrał się z całym roz­machem do roboty w gąszczu cier­ni, ostrze wys­ko­czyło mu z rękojeści i wpadło do jeziora. A woda by­ła tam tak głęboka, że nie mógł mieć żadnej na­dziei odzyskania tego kawałka żelaza.

2. Widząc, że ostrze przepadło, pobiegł Got do mnicha Maura i drżąc z przejęcia doniósł o szko­dzie, jaką wy­rzą­dził, a także zadość­uczynił za swą winę. Mnich Maur z ko­lei zawiadomił o tym szybko sługę Bożego, Bene­dykta.

Be­ne­dykt zaś, dowiedziawszy się o wszystkim, przy­szedł na miejsce wypadku, wziął z ręki Gota rękojeść i wrzu­cił ją do jeziora, a wkrótce żelazo wypłynęło z głę­bi i samo połączyło się z rękojeścią. Mąż Boży od­dał zaraz narzędzie Gotowi. „Masz”, powie­dział, „pra­cuj i nie martw się dłużej”.

7. Jak Maur chodził po wodzie

1. Pewnego dnia czcigodny Benedykt był w swojej ce­li a mały Placyd, mnich świętego męża, poszedł przy­nieść wody z jeziora. Zanu­rzył jednak tak nie­os­troż­nie trzymane w ręku naczynie, że wpadło ono do wo­dy, a za nim wpadł i sam chłopiec. Wnet porwała go fala i uniosła od brzegu niemal tak daleko, jak mo­że dolecieć strzała. Ale mąż Boży, choć zamknię­ty w swojej celi, od razu o tym wiedział i czym prę­dzej zawołał na Maura: „Bracie Maurze, biegnij! Chło­piec, posłany po wodę, wpadł do jeziora. Fala por­wała go już daleko.”

2. O cudzie, nie widziany od czasów Apo­stoła Pio­tra! Maur poprosił o błogosławieństwo, otrzymał je i na rozkaz swego Ojca popędził jak najśpieszniej. Myś­ląc, że idzie po ziemi, biegł po wodzie aż do te­go miejsca, dokąd fala uniosła chłopca, tam schwytał go za włosy i również szybko powrócił. Gdy tylko zna­lazł się na ziemi, oprzytomniał, spojrzał za siebie i zobaczył, że biegł po wodzie. Ponieważ zaś nigdy nie ośmieliłby się sądzić, że to stać się może, był bar­dzo przejęty i pełen podziwu, że właśnie się stało.

3. Po­szedł zatem do Ojca i rzecz całą opo­wie­dział. Czci­godny Benedykt starał się przy­pi­sać ów cud nie swo­im zasłu­gom, lecz jedynie posłuszeństwu ucznia. Maur natomiast utrzy­my­wał, że to rozkaz Ojca do­ko­nał wszystkiego; zdaje sobie bowiem dobrze sprawę, że nie mo­że mieć żadnego udziału w tym cudzie, któ­ry uczy­nił nic o nim nie wiedząc. W tym przyja­ciel­s­kim sporze obu­stronnej pokory rozjemcą stał się oca­lony chłopiec. „Kiedy wyciągano mnie z jeziora”, powiedział, „widziałem nad mo­ją głową płaszcz Opata i byłem pewien, że to właśnie on mnie z wody wy­ciąga”.

4. Piotr: Opowiadasz mi rzeczy wspaniałe, które mo­gą przynieść pożytek wielu. Co do mnie, to im wię­cej o cudach tego świętego męża słyszę, tym bar­dziej o nich słuchać prag­nę.

8. O kruku i zatrutym chlebie

1. Grzegorz: Święte to miejsce stało się jakby ognis­kiem miłości Boga naszego, Pana Jezusa Chrystusa, a żar jego sięgał szeroko i daleko. Wielu porzucało ży­cie świeckie pod­dając kark serca swego pod lek­kie jarzmo na­szego Odkupiciela.  Inni jednak zwykli zaz­droś­cić innym dobra cnoty, choć sami go mieć nie pragną. Kapłan pobliskiego kościoła, imie­niem Flo­rencjusz, dziadek naszego subdiakona Flo­ren­cju­sza, uległ złośliwym namowom od­wiecz­ne­go wroga. Po­czął on zazdrościć święte­mu mężowi jego gor­li­woś­ci, zniesławiać jego spo­sób życia i powstrzy­my­wać od odwiedzania go wszystkich, których zdołał prze­konać.

2. Kiedy zaś spostrzegł, że nie może mu prze­szkodzić iść naprzód i że sława jego świę­tości na­dal wzrastała a rozgłos ten przyciągał stale nowych ka­ndydatów do stanu życia bar­dziej doskonałego, zże­rała go zawiść coraz większa, aż opanowany przez nią bez reszty stał się jeszcze gorszy. Pragnął bo­wiem poch­wał, jakie zdobywał Benedyktowi jego sposób życia, lecz nie chciał prowadzić życia godnego po­chwały. Zaślepiony mrokiem zawiści doszedł do tego, że słu­dze Boga wszechmogącego po­słał chleb zatruty, jako chleb poświęcony. Mąż Boży przy­jął dar z podziękowaniem, lecz nie ukryła się przed nim ukryta w chlebie zguba.

3. W godzinie po­sił­ku przylatywał zazwy­czaj kruk z pobliskiego lasu i dos­tawał chleb z ręki Benedykta. Gdy jak zwykle przy­leciał, mąż Boży rzucił mu ów chleb przysłany przez kapłana Florencjusza i polecił: „W imię Pana na­szego Jezusa Chrystusa zabierz ten chleb i rzuć go w ta­kim miejscu, gdzie nikt go nie znajdzie!”  Wów­czas kruk otworzył dziób, a roz­postarłszy skrzydła za­czął skakać wokół chleba kracząc, jakby pragnął po­wie­dzieć, że chce być posłuszny, a przecież rozkazu wy­peł­nić nie może. Mąż Boży powtarzał mu wie­lo­krot­­nie: „Weź, weź, nic ci się nie stanie! i rzuć go tam, gdzie nikt nie znajdzie”. Wresz­cie, po długim wa­haniu kruk się zdecydował, podniósł chleb dzio­bem i odleciał. Po trzech zaś go­dzi­nach powrócił już bez chleba i z ręki męża Bo­że­go otrzymał swój zwy­kły pokarm.

4. A święty Ojciec, widząc, że ów kapłan pło­nie żądzą pozbawienia go życia, więcej o nie­go się martwił niż o siebie. Natomiast ówże Florencjusz, zawiedziony, że nie zdołał zabić ciała mistrza, starał się teraz usilnie zgubić dusze jego uczniów. Do ogrodu należą­cego do klasztoru Benedykta wprowadził sie­dem nagich młodych dziewcząt, które wobec mni­chów ująwszy się za ręce długo przed ich oczami tańczyły, aby rozpalić w ich sercach złe żądze.

5. Święty mąż widział to ze swojej celi, a lękając się upadku swych niezbyt jeszcze doj­rzałych uczniów i rozumiejąc, że w tym wszystkim chodzi tylko o szkodzenie jemu sa­me­mu, ustąpił miejsca zawistnikowi. Wszy­stkie klasztory, które zbudował, zorganizował teraz w ten sposób, że w każdym na czele wspólnoty braci postawił jednego przeora, a za­brawszy ze sobą tylko nielicznych mni­chów przeniósł się gdzie indziej.

6. Zaledwie jednak mąż Boży pokornie ustą­­pił przed nienawiścią, a już wszechmocny Bóg poraził Florencjusza straszną karą. Kiedy bo­wiem stojąc na tarasie rozkoszował się wia­do­moś­cią o odejściu Benedykta, taras ów, na któ­rym stał, zapadł się nagle, choć cały dom poza tym pozostał nienaruszony. I tak nie­przyjaciel Benedykta znalazł śmierć pod gru­zami.

7. Ponieważ zaś czcigodny Ojciec nie zdążył jeszcze ujść nawet mil dziesięciu, jeden z je­go uczniów, również zwany Maurem, uznał, że na­leży pobiec za nim natychmiast. „Wracaj”, za­wo­łał, „bo zginął kapłan, który cię prześla­dował”. A mąż Bo­ży Benedykt, słysząc to, po­grą­żył się w wielkim ża­lu i dlatego, że umarł jego nieprzyjaciel, i dlatego, że z tej śmierci cieszył się jego własny uczeń. Ucz­nio­wi na­ło­żył również pokutę za to, że przycho­dząc z ta­ką wiadomością śmiał radować się zagładą wro­ga.

8. Piotr: Przedziwne i prawdziwie zdumie­wające rze­czy opowiadasz! W wodzie bowiem, która wy­trys­nę­ła ze skały, widzę dzieło Mojże­sza, w że­lazie wypływającym z głębiny – Elize­usza, w chodzącym po wodzie rozpoznaję Piot­ra, w tym, komu kruk jest posłuszny – Eliasza, w tym zaś, kto płacze nad śmiercią nie­przyja­ciela – Dawida. Jak są­dzę, mąż ów napełnio­ny był duchem wszystkich spra­wiedliwych.

9. Grzegorz: Piotrze, ów sługa pański, Be­nedykt, miał w sobie Ducha Tego Jedynego, który udzielając nam łaski zbawienia napełnia serca wszystkich wy­bra­nych. O Nim to mówi Jan: Była światłość pra­w­dzi­wa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. O Nim także dalej na­pi­sał: Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali. Święci Pańscy od Boga mieli moc czynienia cu­dów, lecz nie mogli przekazywać jej komu innemu. Pan zaś wiernym dał znaki swej potęgi, a swoim wro­gom obiecał znak Jonasza. Raczył umrzeć wobec pysz­nych i zmartwychwstać wobec pokornych, aby i ta­mci poznali, czym wzgar­dzili, i ci ujrzeli, jak god­nym czci jest Ten, kogo kochają. I tajemnica ta spra­wiła, że tam, gdzie pyszni widzą tylko poniżenie śmier­ci, pokorni znaleźli chwałę, która śmierć zwy­cięża.

10. Piotr: Proszę, opowiedz mi teraz, dokąd udał się mąż święty i czy zdziałał jeszcze inne cuda.

Grzegorz: Święty mąż udając się w inne okolice, zmie­nił jedynie miejsce pobytu, ale nie wroga. Mu­siał nawet toczyć zmagania tym cięższe, że przeciw nie­mu walczył teraz już otwarcie sam mistrz zła. Mias­teczko zwane Cassinum leży na stoku wysokiej góry, która użyczyła mu w swoim zboczu wgłę­bie­nia, sama zaś wznosi się jeszcze ponad nim na trzy ty­siące kroków, jakby godząc swoim szczytem w niebo. Sta­ła tam bardzo stara świątynia, w której nie­oświe­ceni wieśniacy zachowując pogańskie zwyczaje czcili na­dal Apollona. Dookoła także pełno było gajów po­świę­conych demonom, gdzie mnóstwo szalonych po­gan składało im obrażające Boga ofiary.

11. Mąż Boży, gdy tylko tam przybył, zaraz rozbił posąg boż­ka, przewrócił ołtarz, podpalił gaje. W samej świą­ty­ni Apollona urządził ka­pli­cę pod wezwaniem św. Mar­cina, tam zaś, gdzie stał ołtarz Apollona, zbu­do­wał kaplicę pod wezwaniem św. Jana, a ustawicznie na­uczając zachęcał okolicznych mieszkańców do przy­jęcia prawdziwej wiary.

12. Odwieczny wróg nie zniósł tego w mil­czeniu i już nie potajemnie ani we śnie, lecz cał­kiem otwarcie uka­zał się oczom Ojca. Krzy­cząc głośno skarżył się, że gwałt mu się dzieje, tak że głos jego nawet i bra­cia słyszeli, chociaż nie widzieli nikogo. Czcigodny Oj­ciec mówił swoim uczniom, że cielesnym jego oczom uka­zywał się ów wróg odwieczny w postaci wiel­ce szkaradnej, cały w ogniu, a płomienie wycho­dzące z jego ust i oczu zda­wały się godzić w niego. Co zaś krzyczał, to już słyszeli wszys­cy. Najpierw wołał Benedykta po imieniu, a kiedy mąż Boży nic mu nie od­po­wia­dał, zaraz obrzucał go obelgami. Zaczynał bowiem krzy­czeć: „Benedykcie! Benedykcie!”, a kiedy nie do­stawał odpowiedzi, natychmiast wołał dalej: „Prze­klę­ty (Maledicte), a nie błogosła­wiony (Benedicte), po co wtrącasz się do mnie? Dlaczego mnie prze­śla­du­jesz?”

13. Nie na tym jednak koniec zmagań sługi Bożego z od­wiecznym wrogiem, który z włas­nej woli wciąż na nowo staczając walki z Be­nedyktem, wbrew swej woli dawał mu ciągle okazję do zwycięstwa.

9. O głazie ogromnym podniesionym siłą modlitwy Benedykta

1. Pewnego dnia bracia pracujący przy bu­do­wie miesz­kań klasztornych, natrafili na głaz ogromny, któ­ry postanowili podnieść i wmu­rować. Gdy go dwaj ani trzej nie mogli po­ruszyć, pospieszyło im na po­moc wielu in­nych, lecz kamień nawet nie drgnął, jak­by zapuścił korzenie w ziemi, aż stało się całkiem oczy­wiste, że to odwieczny wróg we własnej osobie na nim siedzi i dlatego nie są w stanie ruszyć go z miej­sca połączone wysiłki tylu mężów. Wo­bec ta­kiej trudności zawiadomiono męża Bożego, prosząc by przyszedł i modlitwą od­pędził wroga, bo inaczej ka­mienia nie unio­są. Benedykt natychmiast przybył, po­modlił się, pobłogosławił. I ogromny głaz został tak łatwo podniesiony, jakby w ogóle nic nie wa­żył.

10. O rzekomym pożarze w kuchni

1. Mąż Boży doszedł do wniosku, że trzeba, aby w tym właśnie miejscu zaczęli kopać w ziemi. A gdy bra­cia dokopali się nieco głę­biej, znaleźli tam spi­żo­wy posąg bożka. Nie zastanawiając się dłużej rzucili go na razie do kuchni i nagle zdawało się, że roz­go­rzał w niej ogień. Wszyscy mnisi widzieli, że pożar tra­wi cały budynek kuchenny.

11. Jak Benedykt uzdrowił chłopca przygniecionego walącym się murem

1. Kiedy indziej znowu bracia nadbudowy­wali mur wzno­sząc go stosownie do potrzeby nieco wyżej, a mąż Boży, zamknięty w swojej celi, pogrążony był w mo­dlitwie.

Ukazał mu się wtedy wróg odwieczny i szy­derczo oświad­czył, że ma zamiar odwiedzić pracujących bra­ci. Mąż Boży posłał im więc czym prędzej wia­do­mość: „Bracia, uważajcie dobrze, bo właśnie zły duch do was idzie”. Zaledwie wysłannik zdążył te słowa po­wtó­rzyć, a już zły duch zawalił ów mur, który wznoszono, miaż­dżąc pod gruzami młodziut­kiego mnicha, syna pew­nego urzędnika. Wszyscy bardzo zasmuceni i peł­ni żalu nie dlatego, że ich trud poszedł na mar­ne, lecz że brat zginął, pobiegli pośpiesznie i z wielkim płaczem zawiadomili o tym czcigodnego Oj­ca Benedykta.

2. Wówczas on polecił przynieść do sie­bie zmiażdżonego chłopca. Nieść go musieli na roz­postartym płaszczu, bo kamienie zawalone­go mu­ru nie tylko poraniły mu członki, lecz i połamały koś­ci. Mąż Boży kazał położyć go w swojej celi, na ple­cionej z sitowia macie, na której zawsze się mod­lił, po czym odprawiwszy braci zamknął drzwi i za­czął modlić się jeszcze usilniej niż zazwyczaj. Rzecz prze­dziwna! Nie minęła nawet godzina, a chłopca zdro­wego i w pełni sił jak przedtem posłał ponownie do tejże samej pracy. I tak razem z braćmi skoń­czył bu­dować mur ten mnich młody, którego wróg od­wiecz­ny postanowił zabić na złość Benedyktowi.

3. W owym czasie mąż Boży został obdarzo­ny du­chem proroczym, zaczął przepowiadać przyszłość i mó­wić znajdującym się przy nim ludziom o za­cho­dzą­cych daleko wydarzeniach.

12. O mnichach, którzy jadali poza klasztorem

1. Stosownie do zwyczaju klasztornego bra­cia, któ­rzy wychodzili, by załatwić jakąś spra­wę, nic poza kla­sztorem nie pili ani nie jedli. Ta­ka była reguła i prze­strzegano jej wiernie, lecz jednego dnia jakaś spra­wa, którą bracia wyszli załatwić, zatrzymała ich aż do późnej go­dziny. A wiedząc, że w pobliżu miesz­ka pew­na pobożna kobieta, poszli do jej domu i tam coś zjedli.

2. Powróciwszy późno do klasztoru, po­prosi­li, jak to było w zwyczaju, Ojca o bło­gos­ła­wień­stwo. On zaś ich zapytał: „Gdzie jedliś­cie?”, „Nig­dzie”, odpowiedzieli bracia. A na to Benedykt: „Dla­czego tak kłamiecie? Czyż nie poszliście do do­mu takiej to a takiej kobiety? Czy nie jedliście takich a ta­kich potraw? Czy nie wypiliście tylu to a tylu pu­cha­rów?” A kie­dy im czcigodny Ojciec przypomniał i goś­cin­ność przyjmującej ich kobiety, i rodzaje pot­raw, i ilość napoju, pojąwszy, że wie wszystko, co uczy­nili, drżąc padli mu do stóp i błąd swój wyznali. On zaś im natychmiast wybaczył mając nadzieję, że na przyszłość nie pozwolą sobie na takie wy­kro­cze­nie w jego nieobecnoś­ci, gdyż będą wiedzieć, że jest jed­nak obecny duchem.

13. Jak Benedykt poznał, że brat mnicha Walentyniana nie zachował postu

1. Wspomniany już przeze mnie mnich Wa­len­tynian miał brata, który był człowie­kiem świeckim, lecz po­boż­nym. Brat ów przy­chodził co roku, by prosić o mod­litwę męża Bożego, a zarazem by odwiedzić Walen­tynia­na, przy tym całą drogę od domu aż do klasz­toru zwykł od­bywać poszcząc.

Otóż pewnego dnia, gdy właśnie tam się udawał, przy­łączył się doń inny podróżny. Ten miał ze sobą żyw­ność, a kiedy minęło kilka go­dzin, powiedział: „Chodź, bracie, posilmy się nieco, byśmy się nazbyt nie męczyli drogą”. „O nie, bracie”, odparł tamten, „nie zrobię tego, bo idąc do czcigodnego Ojca Benedykta zwyk­łem zaw­sze post zachowywać”. Na te słowa je­go to­wa­rzysz na razie zamilkł.

2. Kiedy jednak uszli później dal­szy kawa­łek drogi, zaczął znowu namawiać, by coś zjed­li. Pielgrzym, który postanowił iść poszcząc, po­wtórnie odmówił, a ten, kto namawiał do je­dze­nia, raz jeszcze umilkł i szedł z nim dalej przez pewien czas nic nie jedząc. Ale i droga jednak się przedłużała, i go­dzina była coraz późniejsza, a oni coraz bardziej zmę­czeni wę­drówką. Natrafili wreszcie na łąkę i źró­dło. Wszystko zdawało się tu zachęcać do roz­kosz­ne­go odpoczynku. Wówczas ów obcy powie­dział: „Oto wo­da i łąka, oto piękne miejsce, gdzie możemy się po­krzepić i trochę odpocząć, by potem spokojnie ukoń­czyć naszą podróż”. Słowa te sprawiały przy­jem­ność uszom, widok cieszył oczy, tak że nasz piel­grzym, po raz trzeci do posiłku namawiany, ustąpił i zgo­dził się pożywić.

3. Wieczorem zaś przybył do klasz­toru. Ledwie stanął przed czcigodnym Ojcem Be­nedyktem i poprosił go o modlitwę, gdy święty mąż skarcił go zaraz za to, co zrobił w drodze: „Cóż to, bracie? Złośliwy wróg, który mówił do ciebie us­ta­mi twego towarzysza wędrówki, nie zdo­łał cię na­kło­nić raz i drugi, ale za trzecim razem cię przekonał i to, czego chciał, wymógł na tobie”. Człowiek ów zro­zumiał wówczas błąd swojej słabości i rzuciwszy się do stóp świętemu zaczął opłakiwać swą winę wsty­dząc się tym bardziej, iż poznał teraz, że Ojciec Be­nedykt i na odległość jego upadek zobaczył.

4. Piotr: Widzę, że ów mąż święty miał w sercu du­cha Elizeusza, który był obecny przy swoim uczniu, na­wet gdy ten bawił dale­ko od niego.

Grzegorz: Lepiej nic nie mów teraz, Piotrze, a poz­nasz jeszcze większe dziwy.

14. Jak został wykryty podstęp króla Totili 

1. Było to w czasach Go­tów. Ich król, Toti­la, posłyszał, że święty mąż ob­da­rzony jest duchem proroczym. Udał się zatem do je­go klasztoru, a zatrzymawszy się w pobliżu kazał do­nieść o swoim przybyciu. Wkrótce też zapro­szono go, by przyszedł do klasztoru. Totila jednak, będąc nie­dowiarkiem, postanowił wy­próbować, czy rze­czy­wiś­cie mąż Boży ma du­cha proroczego. Jednemu ze swo­ich gierm­ków, imieniem Riggo, dał własne buty i po­lecił włożyć szaty królewskie, po czym kazał mu wy­stąpić przed mężem Bożym w roli króla. Ja­ko es­kor­tę dodał mu też trzech swoich naj­bliższych towarzyszy, Wul­te­ry­ka, Ruderyka i Bli­dyna, którzy zazwyczaj wszędzie przy nim byli. Mieli oni kroczyć przy boku Riggona, by tym łatwiej uszedł on w oczach Benedykta za sa­me­go Totilę. Dodano mu zresztą jeszcze liczniejszą świ­tę, sługi i giermków, aby zarów­no widok tylu lu­dzi jak i szaty purpurowe nie pozwoliły nikomu wąt­pić, że jest to król we własnej osobie.

2. Kiedy Riggo, we wspaniałych szatach, i w oto­cze­niu licznej świty wchodził do klasz­toru, mąż Boży siedział dość daleko. Widząc go nad­cho­dzą­ce­go, gdy znalazł się już w zasię­gu głosu, zakrzyknął: „Zdej­mij, synu, zdejmij to, co nosisz! To nie jest two­je”. Riggo padł zaraz na ziemię, przerażony, że oś­mie­lił się zadrwić z takiego męża. I wszyscy, którzy z nim razem przyszli, rzucili się na ziemię. A wstaw­szy, nie ośmielili się do niego podejść, lecz powrócili do swego króla i pełni lęku do­nieś­li mu, jak szybko zos­tali wykryci.

15. O przepowiedni udzielonej królowi Totili i tej, jaką otrzymał biskup Kanuzjum

1. Wówczas sam Totila przyszedł do męża Bożego. A uj­rzawszy z daleka Benedykta sie­dzą­cego, nie od­wa­żył się podejść, lecz od razu padł przed nim na zie­mię. Mąż Boży dwa i trzy razy rzekł mu: „Wstań”, lecz Totila nie śmiał się podnieść, a wtedy Be­nedykt, sługa Jezusa Chrystusa, sam raczył zbliżyć się do leżącego w prochu króla. Podniósł go z ziemi, zga­nił jego postępowanie i w niewielu słowach prze­po­wiedział mu wszystko, co miało go spotkać. „Wie­le złego czynisz”, rzekł mu; „wie­le złego uczyniłeś. Skończ już wreszcie z niego­dziwością! Owszem wej­dziesz do Rzymu, prze­prawisz się przez morze, przez dzie­więć lat będziesz panować, a dziesiątego um­rzesz”.

2. Usłyszawszy te słowa, król, napełniony wielką bojaźnią, po­prosił Benedykta o modlit­wę, po czym odszedł. I od tego czasu był już mniej okrutny. A wkrótce po­tem wszedł do Rzymu i następnie przeprawił się na Sy­cylię. W dziesiątym zaś roku swego panowania z wy­roku wszechmogącego Boga utracił króles­two ra­zem z życiem.

3. Biskup kościoła w Kanuzjum miał zwy­czaj od­wie­dzać tegoż męża Bożego, a Benedykt kochał go bar­dzo doceniając zasługi jego życia. Pewnego dnia roz­mawiali razem o najeździe króla Totili i o upadku Rzy­mu, a biskup po­wiedział: „Król Totila zburzy to mias­to i nigdy już nie będzie zamieszkane”. Na co mąż Boży mu odpowiedział: „To nie barbarzyńcy przy­niosą Rzymowi zagładę. Będą wstrząsać nim bu­rze, huragany, trzęsienia ziemi, aż w końcu sam się za­wali”. Ta tajemnicza przepowiednia jest dziś dla nas jaśniejsza od słońca, gdy widzimy zburzone mu­ry tego miasta, rozpada­jące się domy, kościoły znisz­czo­ne przez burze, budynki nadwątlone wiekiem i roz­sypujące się w ruiny.

4. Honorat, jego uczeń, który mi tę historię opowiedział, mówił wprawdzie, że nie sły­szał jej nigdy z ust samego Benedykta, a prze­ka­za­li mu ją tylko inni bracia.

16. Jak pewien duchowny został uwolniony od szatana

1. W tym samym czasie pewien nie mający święceń du­chowny kościoła w Akwinum był bardzo dręczony przez szatana. Jego biskup, czcigodny mąż, Kon­stan­c­jusz, wyprawił go w pielgrzymkę do wielu grobów mę­czenników w nadziei, że odzyska dzięki nim zdro­wie. Święci męczennicy nie wysłuchali jednak jego mo­dlitwy, aby tym bardziej stało się jasne, jak wiel­ką łaską obdarzony jest Benedykt. Wresz­cie za­pro­wa­dzono go do sługi wszechmogącego Boga, Be­ne­dyk­ta, który pomodlił się z głębi serca do Pana Je­zu­sa Chrystusa i natych­miast wypędził odwiecznego wro­ga z opętane­go. Uzdrowionemu zaś dał takie po­le­cenie: „Idź i odtąd nie jedz więcej mięsa. Nigdy tak­że nie waż się przyjąć święceń kapłańskich. W dniu zaś, w którym byś się ośmielił przyjąć świę­ce­nia, zaraz wpadniesz  z powrotem pod władzę sza­ta­na”.

2. Odszedł zatem ów duchowny uzdrowio­ny, a po­nie­waż niedawne cierpienie pozosta­wia zazwyczaj lęk w duszy, przestrzegał przez czas jakiś poleceń mę­ża Bożego. Kiedy jednak po długich latach wi­dział, jak wielu starszych od niego odchodzi już z te­go świata, a wyprze­dzają go młodsi, którzy otrzymali świę­cenia, zlekceważył sobie słowa męża Bożego tak, jakby już zdążył zapomnieć, i sam przyjął świę­ce­nia kapłańskie. A diabeł, który go ongiś opuścił, wkrót­ce znowu opanował i tak długo dręczył, aż w koń­cu życia pozbawił.

3. Piotr: Wydaje mi się, że ów mąż Boży przeniknął na­wet boskie tajemnice, skoro pojął, że ów du­cho­w­ny dlatego został diabłu wydany, by nie ośmielił się przy­jąć święceń.

Grzegorz: Dlaczegóż by nie miał znać ta­jemnic Bo­żych, jeśli zachowywał Boże przyka­zania? Na­pi­sa­ne jest przecież: Ten, kto się łączy z Panem, jest z Nim jednym duchem.

4. Piotr: Jeśli jest z Panem jednym duchem ten, kto z Pa­nem się łączy, co znaczy owe inne powiedzenie te­go samego wielkiego Apostoła: Kto poznał myśl Pa­na, albo kto był Jego do­radcą? Wy­glą­da mi to bowiem na sprzecz­ność, żeby można by­ło nie znać myśli Pana, a zarazem być z Nim jed­nym.

5. Grzegorz: Święci, jeśli są rzeczywiście zjed­no­cze­ni z Bogiem, znają myśli Pana. Tenże Apostoł mówi rów­­nież: Kto zaś z ludzi zna to, co ludzkie, jeśli nie duch który jest w człowieku? Podobnie i tego, co Bos­­kie, nie zna nikt, tylko Duch Boży. A chcąc pokazać, że zna to, co Boskie, zaraz do­da­je: Otóż myśmy nie otrzymali ducha świata, lecz Du­cha, który jest z Boga. I mówi tam jesz­cze: Czego ani oko nie widziało, ani ucho nie sły­szało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, co przy­gotował Bóg tym, którzy Go miłują; nam zaś ob­ja­wił przez Ducha swojego.

6. Piotr: Jeśli zatem Duch Boży objawił Apo­s­tołowi ta­jemnice Boga, jak to się dzieje, że przed słowami, któ­re dopiero co przytoczy­łem, mówi on także: O głę­bokości bogactw, mą­drości i wiedzy Boga! Jak­że niezbadane Jego wyroki i nie do wyśledzenia Je­go dro­gi!. A gdy to mówię, nasuwa mi się jeszcze jedno pytanie: Prorok Dawid woła bo­wiem do Pana: Głosiłem swoimi wargami wszystkie wy­roki ust Twoich. A ponieważ głosić to więcej niż znać, dlaczego Paweł stwier­dza, iż nie­zba­da­ne są wyroki Boże, podczas gdy Dawid oświad­cza, że je nie tylko zna, lecz nawet wargami swymi gło­si?

7. Grzegorz: Na oba te pytania już ci przed­tem od­po­wiedziałem mówiąc krótko, że święci, jeśli są zjed­noczeni z Bogiem, myśli Boże zna­ją. Wszyscy bo­wiem, którzy oddali się Panu i za Nim idą, przez to od­danie właśnie są rze­czy­wiście z Panem, lecz za­ra­zem obcią­żeni brze­mieniem zniszczalnego ciała, jeszcze z Nim nie są. Znają więc tajemne wyroki Bo­że, bo są z Nim zjednoczeni; nie znają ich, bo są z dala. A po­nieważ nie przeniknęli jesz­cze ta­jemnic w spo­sób doskonały, stwierdzają, że wy­roki Jego są nie­zba­da­ne. Ale jednoczą się z Nim duchem a przez to zjed­noczenie pojmu­ją słowa Pisma Świętego i to sam Pan mówi im w ukryciu, dlatego też i znają to i mo­gą głosić. Tak więc nie znają spraw, o których Bóg mil­czy, znają natomiast te, o których im mówi.

8. Toteż i pro­rok Dawid powiedział wpraw­dzie: Głosiłem swo­imi wargami wszystkie wyroki, lecz zaraz do­dał: ust Twoich, jakby chciał, żeby wszyscy zro­zu­mie­li: Te tylko wy­roki mogłem i poznać i głosić, któ­reś Ty mi wyjawił, te zaś, o których sam nic nie mó­wisz, są całkiem niedostępne naszym myślom. Pro­rok i Apostoł zgadzają się zatem ze sobą: nie­zba­da­ne są wyroki Boże, lecz wargi ludzkie mogą głosić to, co wyjdzie z ust Jego, bo czło­wiek jest w stanie poz­nać wszystko, co Bóg mu objawi, nie przeniknie jed­nak nic z tego, co On ukrywa.

9. Piotr: W odpowiedzi na moją małą wąt­pliwość wy­jaśniłeś całą rzecz w sposób przeko­nywujący. Ale jeś­li możesz jeszcze coś więcej powiedzieć o świę­toś­ci tego męża, proszę cię, mów dalej.

17. Jak mąż Boży przepowiedział zburzenie swego klasztoru

1. Grzegorz: Ojciec Benedykt nawrócił swo­imi na­uka­mi pewnego męża szlachetnego ro­du, imieniem Teo­propus, którego też obda­rzał przyjaźnią i wielkim zau­faniem ze wzglę­du na zasługi jego życia. Tenże Teo­propus wszedłszy jednego dnia do celi Bene­dyk­ta, znalazł go gorzk­o płaczącego. Czekał długo, a mąż Boży nie przestawał płakać, przy tym wbrew swo­im zwyczajom nie modlił się, lecz smucił się pła­cząc. Gość zapytał wreszcie, co jest przyczyną tak wiel­kiego żalu. Na to mąż Boży: „Cały ten klasztor prze­ze mnie zbudo­wany i wszystko, co braciom przy­gotowałem, wyrokiem Boga wszech­mogącego zo­stało wy­dane na łup po­ga­nom. Zaledwiem tyle osią­gnąć zdołał, że nikt z tu mieszkających nie utraci ży­cia”.

2. Przepowiednię tę usłyszał Teopropus, my zaś patrzymy na jej spełnienie, gdyż klasztor Benedykta właś­nie zburzyli Longobardzi. Niedawno bowiem nocą, gdy bracia po­ło­ży­li się spać, weszli tam Longobardzi i wszystko złu­pi­li, nie udało się im jednak nikogo pojmać. Wszech­mo­cny Bóg spełnił obietnicę, jaką dał swemu wier­ne­mu słudze Benedyktowi, i za­chował życie ludzi, choć wszel­kie dobra wydał poganom. Benedykt, moim zda­niem, odegrał tutaj podobną rolę jak Apostoł Pa­weł, który musiał zgodzić się na zatopienie statku ze wszyst­kim, co na nim było, na pociechę zaś otrzymał od Pana życie swych towarzyszy podróży.

18. O schowanej beczce wina

1. Pewnego razu nasz Ekshilaratus (znałeś go póź­niej jako zakonnika) został wysłany przez swego pa­na z dwiema drewnianymi be­czułkami wina, które miał zanieść mężowi Bożemu do klasztoru. Jedną z nich przyniósł, drugą zaś schował przy drodze. Czyn ten wszakże, choć z dala od jego oczu po­peł­nio­ny, nie uszedł uwagi Benedykta. Z po­dzię­ko­wa­niem przyjął jedną beczułkę, a gdy sługa od­chodził, za­wołał za nim: „Uważaj, synu! Nie pij od razu z tej be­czułki, którą schowałeś, ale przechyl najpierw ją os­trożnie, a zobaczysz, co jest w środku”. Wielce za­wsty­dzony pożegnał się Ekshilaratus z mężem Bo­żym. W dro­dze powrotnej postanowił sprawdzić otrzy­maną radę. Przechylił beczułkę, a wnet wy­pełz­nął z niej wąż. To, co znalazł w winie, pozwoliło mu zro­zumieć zło, jakie uczynił. I przejęła go bojaźń.

19. O podarowanych chusteczkach

1. W pobliżu klasztoru była wieś, której dość liczni miesz­kańcy pod wpływem napom­nień Benedykta po­rzu­cili kult bożków i przyję­li wiarę w Boga. Żyły tam również mniszki, a sługa Boży, Benedykt, pil­no­wał, by bracia odwiedzali je często i pouczali ich du­sze. Pew­nego dnia posłał im jak zwykle jednego z mni­chów. Ten zaś, po kazaniu, na prośbę mniszek przy­jął od nich kilka chusteczek i schował je w za­nad­rzu dla siebie.

2. Gdy tylko wrócił, mąż Boży zaczął mu czynić gwałtowne i gorzkie wymówki: „Jaką to nie­godziwość skrywasz w zanadrzu?” Mnich był zas­ko­czony. Zapomniał już, co zrobił, i nie pojmował, za co dostaje naganę. A Benedykt rzekł do niego „Czyż nie byłem tam obecny, gdy przyjąłeś od Bo­żych służebnic chusteczki i schowałeś je dla siebie w za­nadrzu?” Wów­czas mnich runął mu do stóp, za­dość­czyniąc za głupstwo, jakie zrobił, i chusteczki owe rzucił.

20. Jak Benedykt poznał pyszne myśli mnicha

1. Pewnego dnia czcigodny Ojciec spożywał posiłek już pod wieczór, a jeden z jego mni­chów, syn ja­kie­goś dostojnika, trzymał mu lampę przy stole. Kiedy zaś mąż Boży jadł, młodego człowieka pełniącego ową służbę, ogarnął duch pychy. Zaczął on w sercu mil­cząco rozważać, a potem mówić sobie w myśli: „Któż to taki ten człowiek, przy którego stole stoję, lam­pę mu trzymam, jakbym był jego sługą? A kimże ja jestem, żebym mu służył?” Aż nagle mąż Boży od­wrócił się od niego i zgromił go surowo mówiąc: „Prze­żegnaj swoje serce, bracie. Co ty tam mówisz? Prze­żegnaj swoje serce!” Zaraz też zawołał mni­chów, polecił im zabrać mu z ręki lampę, jemu zaś ka­zał zejść ze służby i posiedzieć trochę w mil­cze­niu.

2. Zapytywany następnie przez braci, co takiego miał w sercu, wszystko im opowie­dział: jak wzburzył go duch pychy i co sobie mówił w myślach po cichu prze­ciw Bożemu mężowi. Wtedy stało się dla każ­de­go jasne, że przed czcigodnym Benedyktem nic nie mo­że się ukryć, bo do jego uszu dochodzą nawet nie wy­powiedziane na głos myśli.

21. O dwustu korcach mąki znalezionych w czasie głodu

1. Kiedy indziej znowu w całej krainie Kam­panii pa­no­wał srogi głód i wszyscy cier­pieli z powodu braku żyw­ności. W klasztorze Benedykta nie było już psze­ni­cy, zjedzono też prawie wszystkie chleby, tak że gdy przyszła godzina posiłku, bracia zaledwie pięć zdołali znaleźć. Kiedy czcigodny Ojciec zobaczył, jak są przygnębieni, najpierw łagodnym na­pom­nie­niem starał się wyleczyć ich z tej małodusz­ności, po­tem zaś pocieszył obietnicą: „Dlaczego brak chleba was tak przygnębia? Dziś jest go wprawdzie mało, ale jutro będziecie mieć pod dostatkiem”.

2. I rze­czy­wiś­cie, nazajutrz znaleziono przed bramą klasztoru wor­ki z dwustu kor­cami mąki. Przysłał je Bóg wszech­mocny, a przez kogo to uczynił, do dzisiaj nie wia­domo. Gdy to bracia zobaczyli, złożyli dzięki Bo­gu i zrozumieli, że nawet w niedostatku nie po­trze­bu­ją obawiać się o przyszłość.

3. Piotr: Powiedz, proszę, czy należy sądzić, iż duch pro­roczy  zawsze wspomagał tego sługę Bożego, czy też tylko od czasu do czasu napeł­niał jego serce?

Grzegorz: Duch proroczy, Piotrze, nie zaw­sze oświe­ca serca proroków, bo o Duchu Świę­tym napisano: Wieje tam, gdzie chce. Trze­ba zatem pa­miętać, że i tam, gdzie chce, i wte­dy, kiedy chce, wie­je. Dlatego też gdy król zapytał Natana, czy może zbu­dować świąty­nię, ten mu najpierw pozwolił, a po­tem zabro­nił. Elizeusz zaś, kiedy ujrzał pła­czą­cą ko­bie­tę, a nie znał powodu jej płaczu, po­wie­dział do sługi, który chciał ją odsunąć: Zostaw ją, po­nieważ dusza jej w smutku jest pogrążona, a Pan ukrył przede mną i nie objawił mi.

4. Tak zarządza Bóg wszechmogący w swo­jej tros­kli­woś­ci ojcowskiej: Raz dając a innym razem znowu za­bierając ducha proroczego, podnosi serca pro­ro­ków, a jednocześnie utrzy­muje je w pokorze. Ob­da­rze­ni duchem proro­czym wiedzą, iż Bóg sprawia, że są tym, kim są, pozbawieni zaś go, pojmują, kim są sami z siebie.

5. Piotr: Całkowicie mnie przekonałeś, że jest tak, jak mówisz. Proszę cię jednak, opo­wiadaj dalej, co­kol­wiek ci jeszcze przychodzi na myśl o czcigodnym Oj­cu Benedykcie.

22. Jak budowano klasztor w Terracina

1. Kiedy indziej znowu pewien pobożny czło­wiek po­prosił Benedykta, żeby przysłał swoich uczniów i zbu­dował klasztor na terenie jego majątku koło mias­ta Terracina. Benedykt zgodził się, wyznaczył bra­ci, mianował nad nimi przełożonego i tego, który by zajmował po nim drugie miejsce. Od­cho­dzą­cym zaś obiecał: „Idźcie, a tego i tego dnia ja sam przyjdę i pokażę wam, gdzie macie zbudować ora­torium, gdzie refektarz dla braci, gdzie dom dla goś­ci i wszystko inne”. Otrzymawszy bło­gos­ła­wień­stwo poszli od razu, a z wielkim przejęciem wy­cze­ku­jąc dnia wyznaczonego przygotowywali wszystko, co wydawało się im potrzebne dla czcigodnego Ojca i to­warzyszą­cych mu mnichów.

2. W nocy zaś po­prze­dza­jącej ów oczekiwa­ny dzień mąż Boży pojawił się we śnie opato­wi, którego postawił na czele wspó­l­no­ty, jak również jego przeorowi. We śnie tym pokazał im dokładnie gdzie i co mają budować. Obu­dziwszy się opowiedzieli sobie wzajemnie co im się śniło. Nie byli jednak w pełni przekona­ni o wiarygodności te­go widzenia, czekali więc na męża Bożego, bo prze­cież obiecał im, że przyjdzie.

3. Ale Benedykt nie przy­był w dniu ozna­czonym, oni więc zawiedzeni, sa­mi poszli wreszcie do niego. „Oczekiwaliśmy, Oj­cze”, rze­kli, „że przyjdziesz tak, jak obiecałeś i że po­każesz nam, gdzie mamy budować. A ty nie przy­szed­łeś”. On zaś na to: „Jak to, bracia? Dlaczego tak mó­wicie? Czyż nie przyszedłem tak, jak  obie­ca­łem?”. „Kiedy to przyszedłeś?” zapytali. „Czyż nie wi­dzieliście mnie obaj we śnie,” odrzekł, „i czy nie wska­załem wam miejsc właściwych? Idźcie i zbu­duj­cie wszyst­kie pomieszczenia klasztorne według tego, coś­cie w widzeniu usłyszeli”. Otrzymawszy taką od­po­wiedź pełni podziwu powrócili do majątku koło Terra­cina i zbudowali wszystko zgodnie ze wska­zów­ka­mi, jakie dostali we śnie.

4. Piotr: Chciałbym zrozumieć, jak to się stać mo­gło, że poszedł on tak daleko i wydał rozporządzenia lu­dziom we śnie pogrążonym, a oni w widzeniu sen­nym usłyszeli je i pojęli.

Grzegorz: Dlaczego pytasz, jak to się stać mogło? Czyż­byś wątpił, Piotrze? Wiadomo przecież, iż duch jest ze swej natury mniej związany z miejscem niż cia­ło. Czytamy także i w Piśmie  Świętym, że pe­wien prorok porwa­ny z Judei został w mgnieniu oka prze­niesio­ny razem z przyrządzonym przez siebie po­sił­kiem do Chaldei, gdzie posiłkiem tym pokrze­pił dru­giego proroka, a sam natychmiast zna­lazł się z po­wrotem w Judei. Jeśli więc Ha­bakuk zdo­łał w jednej chwili zajść ciałem tak daleko i jeszcze po­siłek zanieść, cóż w tym dziwnego, że Ojciec Be­ne­dykt otrzymał łaskę udania się duchem do śpiących bra­ci, których duchom udzielił koniecznych wska­zów­ek? Po­dobnie jak tamten przebył drogę w ciele, by dostarczyć cielesnego pokarmu, tak ten prze­niósł się duchem, by wytyczyć podstawy życia du­cho­wego­.

5. Piotr: Słowem twym, jak palcem, ście­rasz z mego ser­ca pył wątpliwości. Chciałbym jednak wiedzieć, ja­kim był ów mąż w zwykłej rozmowie.

23. O wyklętych mniszkach

1. Grzegorz: Nawet w najprostszych jego słowach, Piot­rze, nie mogło zabraknąć mocy Bożej. Skoro ser­ce Benedykta było w niebie, z ust jego nie mogły wy­chodzić słowa próżne. Jeśli nawet wygłaszał jesz­cze nie sąd, lecz tylko ostrzeżenie, tyle siły miało to, co mówił, jakby wypowiadał już wyrok ostateczny i bez­warunkowy.

2. Dość daleko od jego klasztoru mieszkały we włas­nej posiadłości dwie mniszki pochodzą­ce ze szla­chetnego rodu, którym służył pewien pobożny czło­wiek załatwiając ich sprawy ze­wnętrzne. Często jed­nak szlachetne pochodze­nie staje się przyczyną nie­szlachetnego postę­powania, bo ci, którzy nie mogą za­pomnieć, że byli czymś więcej od innych, nie chcą i póź­niej mniej liczyć się w świecie. Wspomniane mnisz­ki nie potrafiły jeszcze, jak to nakazywał ich habit, powściągać swo­ich języków w sposób dos­ko­na­ły i owego pobożnego człowieka, który słu­żył im pomocą w sprawach zewnętrznych, nie­roz­waż­nymi słowami często doprowadzały do gniewu.

3. On długo to znosił, aż wreszcie poszedł do Bożego mę­ża i opowiedział, jak bardzo mu dokuczają swoim urąganiem. Mąż Boży zaś sły­sząc to natychmiast po­le­cił powiedzieć owym mniszkom: „Opanujcie wasz ję­zyk, bo jeśli się nie poprawicie, wyłączam was ze wspól­noty kościelnej”. Nie wydawał jeszcze wyroku, a je­dynie groził ekskomuniką.

4. Mniszki jednak nie zmie­niły w niczym swego sposobu postępowania. I oto po kilku dniach umarły, po czym zostały po­cho­wane w kościele. A kiedy w kościele tym od­pra­wia­no Mszę i diakon zgodnie ze zwyczajem zawołał: „Jeś­li jest ktoś, kto nie należy do wspólnoty, niechaj wyj­dzie”, piastunka ich, która zwykła przynosić za nie ofia­rę Panu, zobaczyła, jak obie wyszły z grobów i opuściły koś­ciół. Wi­działa to wiele razy: na głos diakona, zmar­łe wychodziły nie mogąc pozostać w kościele. Przy­pomniała sobie wtedy napomnienie, jakie­go udzie­lił im mąż Boży, gdy jeszcze żyły. Powiedział prze­cież, iż wyłączy je ze wspólno­ty kościelnej, jeśli nie zmienią swego sposobu postępowania i mó­wie­nia.

5. Z wielkim smutkiem doniesiono o tym słudze Bo­żemu, który natychmiast własną ręką dał ofiarę i po­wiedział: „Idźcie i ofiarę tę złóżcie Panu za owe mnisz­ki, a nie będą już dłużej wyłączone”. Po zło­że­niu tej ofiary nigdy nie widziano więcej, żeby wy­cho­dziły z kościo­ła, gdy diakon zgodnie ze zwy­cza­jem wołał, by opuszczali go wszyscy nie należący do wspól­noty. Stało się więc cał­kowicie jasne, że sługa Boży wprowadził je z powrotem do wspólnoty z Pa­nem, gdyż nie wychodziły już razem z ty­mi, którzy by­li z tej wspólnoty wyłączeni.

6. Piotr: Choć mąż ten był nadzwyczaj i świę­ty, i czci­godny, jest jednak rzeczą zadzi­wiającą, że żyjąc jesz­cze w tym zniszczalnym ciele miał władzę uwal­niać dusze, które stanę­ły już przed sądem nie­wi­dzial­nym.

Grzegorz: A czyż nie był w tym ciele rów­nież Apos­toł, kiedy usłyszał: Cokolwiek zwią­żesz na zie­mi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek roz­wią­żesz na ziemi, będzie roz­wiązane i w niebie? Jego to rolę w owym związywaniu i roz­wią­zy­wa­niu pełnią ci, któ­rym wiara i cnoty zapewniają wła­dzę nad duszami. Po to jednak, by człowiek z zie­mi posiadł tak wielką potęgę, Stwórca nieba i zie­mi zstą­pił na ziemię z nieba. Jeśli ciało może dziś sądzić na­wet duchy, to godności tej raczył mu użyczyć Bóg, któ­ry stał się dla ludzi cia­łem. Nasza słabość dlatego tyl­ko wzniosła się tak wysoko ponad siebie samą, że moc Boża zniżyła się aż do słabości.

7. Piotr: Rozumowanie to w pełni wyjaśnia cud dokonany.

24. O młodym mnichu, którego ziemia wyrzuciła z grobu

1. Grzegorz: Pewnego dnia młodziutki mnich, przy­wią­zany nadmiernie do swoich rodziców, tak bardzo spie­szył do ich domu, iż wyszedł z klasztoru nie po­pro­siwszy o błogo­sławieństwo. A ledwo do nich przy­był, w tym samym dniu jeszcze umarł. Rodzice go pocho­wali, nazajutrz jednak znaleźli jego ciało leżą­ce na zewnątrz na ziemi. Złożyli go więc po raz drugi do grobu, lecz następnego dnia leżał znowu jak po­przed­nio na zewnątrz i nie po­grzebany.

2. Wówczas po­bieg­li czym prędzej rzucić się do stóp Ojca Be­ne­dyk­ta i prosili go z wielkim płaczem, żeby raczył przy­wró­cić zmarłemu swoją łaskę. A mąż Boży dał im włas­ną ręką Ciało Pana w hostii mówiąc: „Idźcie i po­łóżcie to Ciało Pańskie na piersi zmar­łego, po czym w ten sposób go pochowajcie”. Tak też uczyni­li, a ziemia tym razem przyjęła go i już więcej nie wyrzucała. Zastanów się, Piotrze, jak mi­ły musiał być Panu Jezusowi ów mąż, skoro ciała te­go, kto utracił łaskę Benedykta, nawet zie­mia nie chcia­ła przyjąć.

Piotr: Zastanawiam się właśnie i jestem pełen głę­bokiego podziwu.

25. Jak pewien mnich, odchodząc z klasztoru spotkał po drodze smoka

1. Grzegorz: Jeden z jego mnichów uległ po­ku­sie nie­stałości i nie chciał pozostać w kla­sztorze. A cho­ciaż go mąż Boży ciągle ostrze­gał i często na­po­mi­nał, on jednak za żadną ce­nę nie zgadzał się żyć dłu­żej we wspólnocie, tylko wciąż usilnie prosił, by go pu­szczono. Pew­nego wreszcie dnia czcigodny Ojciec znu­żony jego natarczywością i rozgniewany, roz­kazał mu odejść.

2. Zaledwie ów mnich z klasztoru wyszedł, uj­rzał na drodze smoka, który groził mu szero­ko ot­war­tą paszczą. Widząc, że zamierza go po­żreć, cały drżą­cy, zaczął wołać wielkim głosem: „Chodźcie szyb­ko, bo smok mnie po­żre!” Przybiegli bracia, nie zo­baczyli jednak żadnego smoka, ale przerażonego i roz­trzęsio­nego mnicha przyprowadzili z powrotem do klasztoru. Od razu też złożył przyrzeczenie, że nig­dy klasztoru nie opuści i od tej chwili po­został swe­mu przyrzeczeniu wierny. Modlitwy świętego mę­ża pozwoliły mu bowiem ujrzeć przed sobą tego smo­ka, za którym, nie widząc go, szedł poprzednio.

26. O cudownym uleczeniu sługi

1. Sądzę również, że nie należy przemilczeć i tego, co opowiedział mi dostojny Antoniusz. Sługa jego oj­ca został mianowicie dotknięty chorobą zwaną ele­fan­tiazis: włosy mu wypada­ły, skóra brzękła i nie da­wa­ło się już ukryć wyciekającej ropy. Posłany przez swe­go pana do męża Bożego, natychmiast odzyskał w peł­ni zdrowie.

27.  O cudownym spłaceniu długu

1. Nie pominę też tego, o czym często op­o­wiadał uczeń Benedykta, Peregrinus. Kiedyś pewien czło­wiek pobożny znalazł się w sytu­acji bez wyjścia, gdyż nie mógł spłacić zacią­gniętego długu. Doszedł wów­czas do wniosku, że pozostała mu tylko jedna dro­ga ratunku: pójść do męża Bożego i przedstawić mu całą trudność. Udał się zatem do klasztoru, od­na­lazł sługę wszechmogącego Boga i wyznał mu, że jego wierzyciel domaga się bezwzględnie zwrotu dwu­nastu solidów (złotych monet). Czcigodny Ojciec od­rzekł, że nie ma niestety, owych dwunastu so­li­dów, lecz zarazem starał się dobrotliwie pocieszyć go w stra­pieniu: „Idź i po dwóch dniach przyjdź znowu, bo dzisiaj brak mi tego, czego ci potrzeba”.

2. A przez te dwa dni, jak zwykle, modlił się wytrwale. Trze­cie­go dnia wrócił udręczony dłużnik i oto nagle na skrzy­ni klasztornej, która była pełna zboża, znalazło się trzynaście solidów. Mąż Boży kazał je przynieść i wręczyć szu­ka­ją­ce­mu pomocy nieszczęśnikowi. Powie­dział przy tym, by zwrócił dwanaście, a jeden zatrzymał na własne wy­datki.

3. Powróćmy jednak teraz do tego, o czym do­wie­działem się od jego uczniów wymienio­nych na sa­mym początku tej księgi. Pewien człowiek na przy­kład był trawiony straszną zazdrością. Tak bardzo nie­nawidził swego rywala, że ukradkiem domieszał mu trucizny do napoju. Ten wprawdzie nie umarł, lecz trucizna zmieniła kolor jego skóry, tak że na cał­ym ciele wystąpiły plamy, które przypomi­nały trąd swoim wyglądem. Chory przywie­dziony do mę­ża Bożego, szybko odzyskał w pełni zdrowie, bo gdy tyl­ko Benedykt go dotknął, zaraz wszystkie plamy zniknęły.

28. O flaszce szklanej, która nie rozbiła się na skałach

1. W czasie gdy wielki głód panował w Kam­pa­nii, mąż Boży rozdał wszystkie zapa­sy swe­go klasztoru róż­nym potrzebującym, tak że w piwnicy nic już nie zos­tało oprócz odrobi­ny oliwy w jednej flaszce. Wów­czas to przybył pewien subdiakon, imieniem Aga­pit, który usil­nie prosił choćby o kilka kropel oli­wy. Sługa pański był zdecydowany wszystko roz­dać na ziemi, aby w niebie wszystko zacho­wać. Polecił więc dać proszącemu całą resztę oliwy. Mnich zaś, któ­ry miał pieczę nad piwni­cą, polecenie wprawdzie usły­szał, nie spieszył się jednak z jego wypełnieniem.

2. A kie­dy nieco później Benedykt zapytał, czy dał to, co dać rozkazał, mnich ów odpowie­dział, że tego nie uczy­nił, bo gdyby dał, nic by już w ogóle nie po­zos­ta­ło dla braci. Wówczas roz­gniewany Ojciec polecił in­nym wyrzucić przez okno ową szklaną flaszkę, w któ­rej widać było jeszcze  resztkę oliwy, by nie­pos­łuszeństwo nie stało się przyczyną zatrzyma­nia ja­kiej­kolwiek rzeczy w klasztorze. Flaszkę wyrzucono. Pod oknem tym zaś otwierała się ogromna przepaść na­jeżona wielkimi skałami. Flaszka upadła na skały, lecz pozostała niena­ruszona, jakby w ogóle jej nie rzu­cono. Nie rozbiła się, ani oliwa się nie wylała. Wów­czas mąż Boży kazał ją podnieść i oddać w ca­łości temu, kto o oliwę prosił. A zwoławszy braci skar­cił wobec wszystkich nie­po­słusz­nego mni­cha za pychę i za brak wiary.

29. Jak pusta beczka napełniła się oliwą

1. Skarciwszy go w ten sposób razem z brać­mi po­grą­żył się w modlitwie. W owym zaś miej­scu, gdzie się wspólnie modlili, stała pu­sta beczka po oliwie, z po­krywą. Podczas gdy mąż święty modlił się wy­trwa­le, pokrywę tę za­czę­ła unosić oliwa, której w becz­ce ciągle przy­bywało. Wreszcie zrzuciła ją cał­kiem, a prze­lewając się przez brzegi spływała na po­sadzkę w miejscu, gdzie się modlili. Skoro tylko mąż Boży, Benedykt, to spostrzegł, skoń­czył zaraz modlitwę a oliwa prze­sta­ła spływać na po­sadz­kę.

2. Wtedy owemu bratu, któ­re­mu zabrakło ufności i posłuszeństwa, udzielił raz jesz­cze dłuższego napomnienia, by go nauczyć wiary i po­kory. On zaś, dla własnego dobra skarco­ny, za­ru­mie­nił się ze wstydu, gdyż czcigodny Ojciec wsparty po­tęgą wszechmocnego Boga, dowiódł cudem tego, cze­go nauczał w swoich napomnieniach. Nikt nie mógł już dłużej wątpić w spełnienie jego obietnic, sko­ro w jed­nej chwili w zamian za niemal pustą szkla­ną flaszkę dał beczkę pełną oliwy.

30. Jak Benedykt spotkał szatana w postaci weterynarza

1. Pewnego dnia gdy Benedykt szedł do kaplicy św. Ja­na, znajdującej się na samym szczycie góry, spot­kał po drodze odwiecznego wroga, który przy­braw­szy postać weterynarza, niósł róg i trójnóg. „Dokąd idziesz?” zapytał go mąż Boży. „Idę do braci”, od­po­wie­dział diabeł, „aby dać im lekarstwo”. Czcigodny Oj­ciec udał się wtedy na modlitwę, a skończywszy ją śpiesznie powrócił. Tymczasem zły duch na­trafił na starszego mnicha, który czerpał właś­nie wodę. Na­tychmiast go opętał, rzucił na ziemię i strasznie drę­czył. Kiedy mąż Boży  wracając z modlitwy zo­ba­czył go tak srodze męczonego, wymierzył mu po pros­tu policzek. A policzek ten wypędził od razu złe­go ducha, który też już nigdy więcej nie ośmielił się na­pastować owego mnicha.

2. Piotr: Chciałbym wiedzieć, czy te tak wielkie cu­da upraszał zawsze w modlitwie, czy może niekiedy wy­starczał tylko jakiś znak jego woli?

Grzegorz: Ludzie, którzy są Bogu całkowi­cie od­da­ni, zwykli czynić cuda zależnie od okoliczności, i w ten i w tamten sposób, cza­sem przez modlitwę, cza­sem zaś daną im mocą. Skoro Jan mówi: Wszys­tkim tym, którzy Go przyjęli, dał moc, aby stali się dzieć­mi Bożymi, cóż dziwnego, że ta sama moc, co czyni z nich dzieci Boże, daje również wła­dzę czynienia cudów?

3. Tak więc dokonują cudów i w jeden i w dru­gi sposób, jak świadczą o tym dzie­je Piotra, który zmarłą Tabitę wskrzesił modlit­wą, jednym zaś słowem potępienia spowodo­wał, że Ananiasz i Safira zapłacili śmiercią za swoje kłam­stwo. Nie czytamy bowiem w Piś­­mie  Świę­tym, że Piotr modlił się o ich śmierć, a tylko, że zgromił ich za popełnioną winę. Święci działają za­tem czasem własną mocą, cza­sem zaś przez mod­lit­wę, skoro tych Apostoł przyprawił o śmierć na­ga­ną, tamtej zaś mod­ląc się przywrócił życie.

4. Opowiem te­raz także o dwóch cudach, jakie uczynił wierny słu­ga Boży Benedykt, a z opo­wiadania tego wyniknie jas­no, że jeden z nich zdziałał otrzymaną od Boga mo­cą, dru­giego zaś dokonał przez modlitwę.

31. Jak mąż Boży swoim spojrzeniem uwolnił z więzów wieśniaka

1. W czasach króla Totili pewien Got, imie­niem Zal­la, wyznawca ariańskiej herezji, pło­nął tak straszną nie­nawiścią do wszystkich wiernych Kościoła ka­to­lic­kiego, że jeśli tylko jakiś duchowny lub mnich wpadł mu w ręce, już z nich nie wychodził żywy. Jed­nego dnia, podniecony chciwością i spragniony łu­pu, dręczył okrutnymi męczarniami jakiegoś wieś­nia­ka rozszarpując mu ciało w różnych tortu­rach, aż ów, pokonany bólem oświadczył, że cały swój ma­ją­tek pozostawił słudze Bożemu Benedyktowi. Miał bo­wiem nadzieję, że jeśli kat uwierzy i tortur na czas pe­wien zaniecha, on zyska na tym kilka godzin ży­cia.

2. I rzeczywiście Zalla przestał dręczyć tor­tu­rami wieś­niaka, natomiast związał mu ręce moc­nymi rze­mie­niami i zaczął pędzić go przed swoim koniem żą­da­jąc, by go zaprowa­dził do tego Benedykta, który skarb jego przy­jął. Wieś­niak ze związanymi rękami szedł zatem przodem wskazując drogę do klasztoru świę­tego męża. Benedykt siedział właśnie samotny przy bra­mie i czytał. Wieśniak po­wiedział wte­dy do Zalli, któ­ry jechał za nim ciągle mu gro­żąc: „Oto ten! O nim ci mówiłem. To jest Ojciec Benedykt”. Zalla, pe­łen wściek­łości, patrzał na Benedykta ze złoś­li­woś­cią szaleńca, a sądząc, że podobnie jak wszystkich in­nych, jego także potrafi zastraszyć, zakrzyk­nął na ca­ły głos: „Wstawaj! Wstawaj! I oddaj temu wieś­nia­ko­wi skarb, który od niego wzią­łeś!”

3. Na jego krzyk mąż Boży od razu pod­niósł oczy znad książki, spoj­rzał na Gota, potem zaś zwrócił wzrok na zwią­za­ne­go wieś­niaka. A skoro tylko jego oczy spoczęły na rę­kach wieśniaka, krępujące je rzemienie zaczę­ły w cu­downy sposób rozwiązywać się tak szyb­ko, że ża­den człowiek nawet w najwięk­szym pośpiechu nie zdą­żyłby tego zrobić. Ten, który przyszedł w wię­zach, stał oto nagle cał­ko­wicie wolny. Wobec prze­jawu takiej mocy drżą­cy z przerażenia Zalla runął na zie­mię. Po­chylił swój dumny i okrutny kark do stóp mę­ża Bożego polecając się jego modlitwom. Be­­ne­­dy­kt i wówczas nie wstał ani czytania nie porzucił, lecz wez­wał tylko braci, którym pole­cił wprowadzić Gota do klasztoru i tam dać mu poświęcony posiłek. Kie­dy go z powrotem do niego przywiedziono, na­pom­niał jeszcze, by za­niechał swoich bezrozumnych okru­cieństw. Zal­la od­szedł ujarzmiony i nie ośmielił się już żądać czegokolwiek od tego wieśniaka, któ­re­go mąż Boży uwolnił z więzów nie dotykając ich na­­wet, samym tylko spojrzeniem.

4. Widzisz, Piotrze, że właśnie tak, jak mówi­łem, ci, co służąc Bogu wchodzą z Nim w bli­s­ką zażyłość, mo­gą niekiedy czynić cuda także po prostu daną so­bie mocą. Ów święty mąż, który siedząc ujarzmił stra­sznego w swej dzi­kości Gota, a spojrzeniem roz­wią­zał rzemie­nie i węzły krępujące ręce niewinnego wieś­niaka, otrzymał niewątpliwie od Boga i miał w so­­bie moc czynienia tego, co uczynił. Świad­czy o tym sama szybkość, z jaką ów cud został do­ko­na­ny. Z kolei opowiem teraz o innym wiel­kim cudzie, który wyprosił swoją mo­dlitwą.

32. O wskrzeszeniu zmarłego dziecka

1. Jednego dnia wyszedł z braćmi pracować na polu. A pe­wien wieśniak niosąc w ramio­nach ciało swego zmar­łego syna, z sercem przepełnionym rozpaczą, przy­był właśnie do klasztoru i szukał Ojca Be­ne­dyk­ta. Kiedy powiedziano mu, że jest on w polu razem z brać­mi, rzucił zaraz przed bramą klasztoru ciało zmarł­ego i, nieprzytomny z bólu, pobiegł jak naj­szyb­ciej, byleby tylko znaleźć czcigod­nego Ojca.

2. A tej­że godziny mąż Boży wracał już razem z braćmi z pra­cy na polu. Skoro tylko spostrzegł go nie­szczę­śli­wy wieśniak, zaraz zaczął krzyczeć: „Oddaj mi mo­jego syna! Oddaj mi mojego syna!” Na to mąż Bo­ży zatrzymał się i zapytał: „Czy ja ci zabrałem two­jego syna?” On zaś odrzekł: „Syn mój umarł. Chodź i przywróć mu życie!” Gdy to sługa Boży usły­szał, zatroskał się bardzo. „Odejdźcie, bracia, odejdź­cie! To nie do nas należy, lecz do świę­tych Apos­tołów. Dlaczego chcecie nałożyć na nasze barki cię­żar, którego nie zdołamy unieść?” Wieśniak jed­nak, opanowany nazbyt wielkim bólem, nadal uparcie bła­gał, zaklina­jąc się, że nie odejdzie, jeśli Benedykt nie wskrzesi mu syna. Aż sługa Boży zapytał wresz­cie: „Gdzie on jest?” „Oto jego ciało”, odparł ojciec, „le­ży przed bramą klasztoru”.

3. A gdy mąż Boży przy­szedł tam razem z braćmi, ukląkł i pochylił się nad drob­nym ciałem dziecka, po czym podnosząc się wy­cią­gnął dłonie do nieba mówiąc: „Panie, nie patrz na grze­chy moje, lecz na wiarę tego człowieka, który pro­si o wskrzeszenie syna swego! Ty zabrałeś duszę te­go dziecka, spraw więc, żeby powróciła!” Zaledwie skoń­czył modlitwę, a du­sza wróciła i dreszcz wstrzą­s­nął drobnym ciałem chłopca. Wszyscy obecni wi­dzie­li, jak zadrżało całe, jakby znienacka w sposób cu­downy uderzone. Benedykt wziął chłopca za rękę i od­dał go ojcu żywego i zdrowego.

4. Jest rzeczą oczy­wis­tą, Piotrze, że nie miał on sam mocy dokonania te­go cudu, skoro nisko schylony prosił, by mógł go uczy­nić.

Piotr: Widać najwyraźniej, że wszystko jest tak, jak mówisz, bo słowa swoje potwierdzasz faktami. Po­wiedz mi jednak jeszcze, proszę, czy święci mogą wszys­tko uczynić, co zechcą i czy wszystko otrzy­mują, o co proszą.

33. O cudzie Scholastyki, siostry Benedykta

1. Grzegorz: Któż w życiu tym, Piotrze, prze­wyż­szył Apostoła Pawła? Właśnie on jed­nak trzykrotnie pro­sił Pana, by uwolnił ciało jego od ościenia, lecz nie mógł uzyskać tego, czego pragnął. Trze­ba więc, żebym ci opo­wie­dział o takim wy­da­rze­niu w życiu Ojca Be­ne­dykta, gdy i on tego, czego chciał, nie zdołał uczynić.

2. Jego siostra, Scholastyka, wszechmogą­cemu Panu po­święcona już od najwcześniejsze­go dzieciństwa, zwy­kła raz na rok brata od­wiedzać. Mąż Boży scho­dził do niej i przyjmo­wał ją niezbyt daleko od bramy klasz­toru, już na klasztornej ziemi. Pewnego razu przy­była, jak zawsze, a czcigodny jej brat zszedł do niej razem ze swoimi uczniami. Cały dzień spędzili chwa­ląc Boga i rozmawiając o Jego sprawach, a kie­dy zmierzch zapadł, spożyli razem posi­łek. Siedzieli jesz­cze przy stole i robiło się coraz później, oni zaś cią­gle nie mogli skoń­czyć rozmowy o sprawach Bo­żych. Wówczas mniszka ta, siostra Benedykta, po­wie­działa do niego: „Proszę cię, nie porzucaj mnie tej nocy! Rozmawiajmy aż do rana o radościach ży­cia wiecznego”. „Cóż ty takiego mówisz, siostro?” – od­parł Benedykt. – „Nie mogę spędzić nocy po­za klasztorem”.

3. A niebo było tak pogodne, że nigdzie nie było widać najmniejszej nawet chmurki. Kiedy jed­nak Scholastyka usłyszała odmowę brata, splótłszy palce złożyła rę­ce na stole i skłoniła na nie głowę modląc się do Pa­na wszechmogą­cego. Skoro głowę uniosła, zerwała się tak wielka burza z piorunami i błyskawicami, lu­nęła taka ulewa, że ani czcigodny Benedykt, ani to­wa­rzyszący mu bracia nie mogli jednym krokiem wyjść na dwór. Mniszka bowiem skłaniając głowę na rę­ce wylała potoki łez, które przemieniły pogodę w deszcz ulewny. Ulewa przyszła natychmiast po mo­dlitwie i tak jedno z drugim się łączyło, że pod­no­siła głowę już wśród huku piorunów, zupełnie jakby to jej ruch właśnie ów deszcz wywołał.

4. Wówczas mąż Boży widząc, że wśród tych błyskawic i gro­mów, w powodzi deszczu, nie zdoła powrócić do klasz­toru, zmartwiony, zaczął się skarżyć: „Niech ci wy­baczy Bóg wszechmogący, siostro. Co ty zro­bi­łaś?” Ona zaś odrzekła: „Prosiłam cię, a nie chciałeś mnie wysłuchać. Poprosiłam Pana mego i wy­słuchał mnie. Teraz więc wyjdź, jeśli zdołasz, zostaw mnie i wra­caj do klasztoru”. On jednak nie mógł wyjść na dwór i choć zostać się nie godził, pozostał przecież wbrew samemu sobie. Tak doszło do tego, że całą noc czuwali wspól­nie i rozmawiali o sprawach Bo­żych znajdując pokrzepienie we wzajemnej wymianie świę­tych myśli.

5. O tym to wydarzeniu myślałem mówiąc, że i Be­ne­dykt nie zawsze wszystko, co chciał, mógł uczy­nić. Biorąc bowiem pod uwagę jego nastawienie, mu­si­my niewątpliwie stwierdzić, iż pragnął, aby utrzy­ma­ła się jak najdłużej owa piękna pogoda, jaka to­wa­rzy­szyła mu w drodze z klasztoru. Woli jego prze­ciw­stawił się jednak cud zdziałany przez serce ko­bie­ty, której Bóg użyczył swojej wszechmocy. Nic dziw­nego, że długo tęskniąc do brata była ona owej go­dziny silniejsza od niego, bo według słów Jana Bóg jest miłością. I jest w tym głęboka spra­wiedliwość, że więcej osiągnęła ta, która więcej ko­chała.

Piotr: Wyznaję, że bardzo mi się podoba to, co mówisz.

34.  Jak Benedykt ujrzał duszę swojej siostry opuszczającą ciało

1. Grzegorz: Nazajutrz święta kobieta po­wróciła do sie­bie, mąż zaś Boży poszedł  do klasztoru. A oto trzy dni później, gdy znajdo­wał się w swej celi, pod­niósł oczy ku niebu i zobaczył, jak dusza jego siostry opuś­ciwszy ciało w postaci gołębicy ulatuje w głę­bi­ny niebieskie. Radując się wraz z nią tak wielką jej chwa­łą złożył dzięki Bogu śpiewając hymny i psalmy po­chwalne, po czym oznajmił bra­ciom o jej śmierci.

2. Po­słał ich też zaraz po ciało Scholastyki, by przy­nieś­li je do klasztoru i pochowali w grobowcu, który dla siebie samego przygoto­wał. Podobnie więc jak du­chem byli zawsze jednym w Bogu, tak i grób ciał ich nie rozłą­czył.

35.  Jak Benedykt zobaczył cały świat w jednym promieniu światła

1. Kiedy indziej znowu diakon Serwandus, opat kla­sz­toru zbudowanego ongiś w Kam­panii przez pa­try­cju­sza Liberiusza, przybył zgodnie z utartym już zwy­czajem odwiedzić Bożego męża. Często zresztą za­chodził do klasztoru Benedykta, a ponieważ sam tak­że pełen był łaski i mądrości Bożej, obaj wy­mie­nia­li ze sobą słowa życia, i nie mogąc jeszcze cie­szyć się w sposób doskonały pokarmem niebieskiej oj­czyzny, przynajmniej smak jego odnajdywali we wspó­lnej tęsknocie.

2. Gdy nadchodziła już godzina spo­czynku, czcigodny Benedykt zamykał się na gór­nym piętrze swojej wieży, a diakon Serwandus na pięt­rze dolnym. Oba piętra połączone były schodami, przed wieżą zaś znajdowało się obszerniejsze po­miesz­czenie, w którym spali uczniowie obu Ojców. Gdy bracia jeszcze spali, mąż Boży Benedykt już czu­wał wyprzedzając po­rę nocnej modlitwy. Stojąc przy oknie modlił się do Boga wszechmogącego, gdy nag­le, późną nocą, ujrzał światło, które rozlewając się z gó­ry przepłoszyło nocne mroki i takim blas­kiem jaśniało, że dzień by zbladł przy nim, choć ono lśni­ło wśród ciemności.

3. A gdy na nie patrzył, wy­da­rzy­ło się coś bardzo dziwnego: jak sam później opowia­dał, cały świat ukazał się jego oczom jakby sku­pio­ny w jednym promieniu słońca. Utkwiwszy oczy w tym jaśniejącym świetle, zobaczył czci­godny Oj­ciec duszę Germana, biskupa kapu­ań­skiego, którą anio­łowie nieśli do nieba w og­nis­tej kuli.

4. A ponieważ chciał mieć jakiegoś świadka tego cudu, aż trzy­krot­nie zawołał bardzo głoś­no po imieniu diakona Ser­wan­dusa. Gdy zaś ten, zaniepokojony tak nie­zwy­k­łym krzykiem świętego męża, wszedł na górę i spoj­rzał, zobaczył jeszcze trochę tego światła. Zdumiał się bardzo patrząc na cud taki, a wówczas mąż Boży opo­wiedział mu po kolei wszystko, co zaszło. Nas­tę­p­nie bez zwłoki polecił powie­dzieć Teopropusowi, czło­wiekowi wielce poboż­nemu, który mieszkał w mias­teczku Kasinum, aby jeszcze tej samej nocy pos­łał kogoś do Kapui, wypytał, co słychać u bis­ku­pa Germa­na i zawiadomił o tym klasztor. Polecenie zos­tało spełnione, a posłaniec Teopropusa zastał wie­leb­nego biskupa Germana już na marach. Pytając o szcze­góły dowiedział się, że umarł on w tej właś­nie chwili, w której mąż Boży widział go wstę­pu­ją­ce­go do nieba.

5. Piotr: Historia to przedziwna i naprawdę zdu­mie­wa­jąca! Ale tego, coś powiedział, że oczom Be­ne­dyk­ta ukazał się cały świat jakby skupiony w jednym pro­mieniu słońca, nie mo­gę  sobie w ogóle wy­o­bra­zić, gdyż niczego podobnego nigdy nie do­świad­czy­łem. Jak to jest możliwe, żeby jeden człowiek zo­ba­czył świat cały?

6. Grzegorz: Zapamiętaj, Piotrze, co mówię: dla du­szy, która widzi Stwórcę, ciasne jest całe stworzenie. Choć­by tylko niewiele dojrzał człowiek ze światła Stwór­cy, wszystko, co stworzone staje się dla niego ma­łe, gdyż świat­ło wewnętrznej kontemplacji po­głę­bia pojem­ność duszy, która tak rozrasta się w Bogu, że wyższa jest od świata. Dusza człowieka wi­dzą­ce­go Boga jest nawet sama ponad sobą. A por­wa­na po­nad siebie w świetle Bożym, we­wnę­trznie się roz­sze­rza i patrząc na siebie samą z wysoka pojmuje, jak ogra­niczone jest to, cze­go na ziemi pojąć nie mogła. Otóż ów mąż świę­ty nie widziałby ani kuli ognistej, ani anio­łów wznoszących się do nieba; gdyby nie oglą­dał ich w świetle Boga. Cóż więc dziwne­go, że uj­rzał cały świat przed sobą, skoro w świetle pło­ną­cym w jego sercu wyniesiony był poza granice świa­ta?

7. Jeśli mówimy, że świat ukazał się jego oczom w jed­nym promieniu, nie znaczy to wcale, że się skur­czyły niebo i ziemia, lecz że rozszerzyła się du­sza patrzącego. Porwany w Boga, mógł bez trudności wi­dzieć wszystko, co jest poniżej Boga. W chwili, kie­dy cudowne światło zabłysło oczom jego ciała, ser­ce mu zalało światło wewnętrzne, które porwało je­go duszę w Boga pokazując zarazem, jak ogra­ni­czo­ne jest wszystko, co Bogiem nie jest.

8. Piotr: Dobrze dla mnie się stało, że nie mogłem zro­zumieć tego, co mówiłeś, bo wykład twój był tym jaś­niejszy, im większe miałem trudności w poj­mo­wa­niu. Teraz jednak, gdy wszystko już mi dokładnie wy­tłumaczyłeś, wróć, proszę, znowu do twego opo­wia­dania.

36. Jak Benedykt napisał regułę dla mnichów

1. Grzegorz: Chętnie długo jeszcze opowia­dał­bym, Piot­rze, o tym czcigodnym Ojcu, lecz niektóre rzeczy umyśl­nie pomijam, bo pragnę ci jeszcze przedstawić dzie­je również i innych świętych mężów. Musisz wszak­że wiedzieć, iż sługa Boży, Benedykt, wśród ty­lu cudów, jakimi dał poznać się w świecie, zasłynął rów­nież swoją mądrością. Napisał bowiem Regułę dla mnichów wyróżniającą się jasnością sądów i przej­rzystością sformułowań. Ktokolwiek za­tem prag­nie dokładniej poznać jego charak­ter i życie, odnaj­dzie bez trudu w owej Regule ca­łą osobowość Mist­rza, bo święty mąż nie mógł ina­czej postępować niż sam nauczał.

 37.  Jak Benedykt zapowiedział swoją śmierć braciom

1. W roku, w którym miał ten świat już opuś­cić, dzień świętej swojej śmierci przepo­wie­dział i tym ucz­niom, co z nim razem byli i tym, co mieszkali da­leko. Znajdującym się przy nim nakazał milczenie, nie­obecnych zaś po­uczył, po jakim znaku poznają, że du­sza je­go opuściła ciało.

2. Na sześć dni przed śmier­cią polecił otwo­rzyć swój grobowiec. Wkrótce też dos­tał silnej go­rączki, która bardzo go męczyła. Z dnia na dzień stan jego się pogarszał, dnia zaś szós­te­go poprosił uczniów, by zanieśli go do ora­to­rium, gdzie przyjął Ciało i Krew Pana, umac­nia­jąc się na drogę do wieczności. Później wstał wspierając swe osłabione członki na ra­mio­nach uczniów, pod­niósł ręce do nieba i wśród słów modlitwy wydał os­ta­tnie tchnie­nie.

3. Tegoż dnia, dwaj jego uczniowie, jeden w swo­jej ce­li, drugi zaś przebywający daleko, mieli takie sa­mo, całkiem identyczne widze­nie. Ujrzeli mianowicie dro­gę usłaną kobierca­mi i jaśniejącą niezliczonymi po­chodniami, która, prosto ze wschodu, wiodła od ce­li Bene­dykta aż do nieba. Stał nad nią mąż pro­mien­ny nakazujący cześć swoją postawą i ten ich za­py­tał, co to jest za droga. A gdy uczniowie wyznali, że nie wiedzą, on sam im wyjaśnił: „Jest to droga, któ­rą umiłowany przez Pana Benedykt wstąpił do nie­ba”.

Jak zatem obecni przy nim uczniowie pa­trzyli na śmierć świętego męża, tak i nieobec­ni zrozumieli, że umarł, ujrzawszy znak zapo­wiedziany.

4. Pochowano go w kap­licy św. Jana Chrzci­ciela, którą sam zbudował na miejscu oba­lo­ne­go ołtarza Apollona.

38.  O świętej grocie

1.  Jeszcze i dzisiaj, jeśli wiara proszących jest do­sta­tecz­nie silna, dzieją się cuda w owej grocie w Sub­la­cus, gdzie na początku miesz­­kał. Niedawno właśnie mia­ło miejsce takie oto wydarzenie: Pewna kobieta osza­lała i tak cał­ko­wicie straciła rozum, że dzień i noc błą­dziła po górach i dolinach, po lasach i po­lach, zatrzymując się tylko wtedy, gdy ją znużenie zmu­szało do odpoczynku. Wreszcie jednego dnia po bar­dzo długiej wędrówce trafiła do gro­ty świętego mę­ża Benedykta, nie wiedząc, co czyni, weszła do niej i tam noc przespała. Ra­no zaś wyszła tak zdrowa na umyśle, jakby nigdy w ogóle nie była szalona. I przez całe swo­je życie to zdrowie zachowała.

2. Piotr: Jak można wytłumaczyć, że rów­nież mę­czen­nicy mniej sprawiają cudów tam, gdzie leżą ich cia­ła niż przez same relikwie, największe zaś tam, gdzie nic z nich nie pozos­tało?

3. Grzegorz: Tam, gdzie spoczywają ciała mę­czen­ni­ków, mogą oni, Piotrze, na pewno czynić wiele cu­dów. Czynią je też, dla serc czystych działają ich nie­zliczone mnóstwo. Ponieważ jednak wiara nazbyt sła­ba zwątpiła­by łatwo, czy mogą również wy­słu­chi­wać próśb zanoszonych w takich miejscach, gdzie nie są obecni przez swoje ciała, dlatego trzeba, by właś­nie tam działy się cuda największe, gdzie ich obecność nie jest dla wszystkich oczywista. Ci jednak, co duchem trwają w Bogu, więcej za­sług zyskują swoją wiarą, jeśli i tam, gdzie nie ma ciała męczennika nie wątpią, że może on ich wy­słu­chać.

4. Dlatego też i Ten, który sam jest Praw­dą, po­wie­dział swoim uczniom, aby wzmocnić ich wiarę: Jeś­li nie odejdę, Paraklet nie przyj­dzie do was. Wiemy przecież, że Duch Para­­klet zaw­sze pochodzi od Ojca i Syna, dlaczego więc Syn mó­wi, że musi odejść, aby Duch przyszedł, jeśli Duch zawsze jest z Synem? Otóż uczniowie widząc Pa­na w ciele pragnęli­by Go stale oglądać cielesnymi ocza­mi, toteż słusznie im mówi: „Jeśli ja nie odejdę, nie przyjdzie Paraklet”. To jest tak, jakby po­wie­dział wyraźnie: Jeśli wam nie zabiorę mego ciała, nie zdo­łam ukazać, czym jest miłość Ducha; jeśli nie przes­taniecie oglądać mnie w ciele, nie nauczycie się nigdy kochać mnie miłością duchową.

5. Piotr: Podoba mi się to, co mówisz.

Grzegorz: Przerwijmy teraz na chwilę roz­mowę. Jeśli chcemy opowiadać jeszcze o cu­dach innych świę­tych, musimy najpierw mil­czeniem pokrzepić na­sze siły.